Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anty-rak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anty-rak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Herbata - filiżanka zdrowia na co dzień


Rozmyślając i pisząc o zdrowym życiu i o wpływie diety na nasze zdrowie, nie sposób nie wspomnieć o herbacie. Dziś już wiadomo powszechnie, że ten napój, znany od tysiącleci na dalekim wschodzie i od dawna traktowany tam, jako lekarstwo dobre dla ciała i ducha (pierwotnie stosowany wyłącznie, jako lek), jest rzeczywiście skuteczny w walce z wieloma chorobami, a włączany do codziennej diety ma dobroczynny wpływ na stan naszego ducha oraz w istotnym wymiarze zapobiega chorobom cywilizacyjnym, takim, jak nowotwory, choroby naczyń czy cukrzyca. Jak to się dzieje?

Kluczem jest oczywiście to, co zawiera w swoim składzie herbata. Najważniejszą rolę w prozdrowotnym i leczniczym działaniu herbaty przypisuje się zawartym w naparze antyoksydantom. Chodzi tu o związki z grupy polifenoli, przede wszystkim o flawonoidy takie, jak na przykład EGCG – przeciwutleniacz tysiąckrotnie silniejszy, niż witamina C. Flawonoidy zawarte w naparze z liści herbacianego krzewu chronią komórki naszych organizmów przed stresem oksydacyjnym, neutralizując wolne rodniki i blokując ich destrukcyjny wpływ na struktury wewnątrzkomórkowe. Oznacza to, że codzienne picie herbaty będzie chronić nas przed sytuacjami inicjującymi proces nowotworzenia, a to bardzo istotne To istotniejsze dziś, niż kiedykolwiek prędzej, bo jesteśmy obecnie narażeni na działanie wolnych rodników w niespotykanej dotąd skali. Zawarte są on między innymi w przetworzonej żywności, w wdychanym powietrzu (dym papierosowy, spaliny, smog przemysłowy, jonizacja), w lekach, w konserwowanych i długo przydatnych do spożycia przetworach cukierniczych i mięsnych i w wielu innych substancjach i produktach, z jakimi mamy na co dzień do czynienia. Taka sytuacja wymaga, byśmy zwiększali także ilość przyjmowanych z pożywieniem przeciwutleniaczy, a herbata, zwłaszcza zielona, jest na to doskonałym sposobem.

Owe występujące dziś w nadmiarze wolne rodniki mają jeszcze tę cechę, że potrafią utleniać tłuszcze. A do tłuszczów zaliczamy na przykład cholesterole. Cholesterole pełnia ważne funkcje w naszych organizmach i błędnie obarczane są winą za choroby naczyń. Prawdą jest jednak, że utleniony, a więc wystawiony na działanie wolnych rodników cholesterol, potrafi uszkodzić tętnice i zapoczątkować zmiany prowadzące do miażdżycy. Oto więc kolejny powód, by w dzisiejszych czasach popijać często zieloną herbatę, która neutralizuje działanie wolnych rodników. Tym bardziej, że utlenione cholesterole fundujemy sobie także sami. Jak, no tak, jak większość dietetycznego zła dzisiejszego świata – w wysoko przetworzonej lub źle przyrządzonej żywności (np. produkty mięsne poddawane obróbce w wysokich temperaturach, mleko w proszku, wędliny). 


Dowiedziono także, że herbata ma działanie przeciwzapalne. Jeśli teraz przypomnimy sobie, że to właśnie stan zapalny jest czynnikiem wywołującym procesy prowadzące do chorób cywilizacyjnych (z nowotworami złośliwymi i miażdżycą tętnic na czele), to zaczynamy rozumieć, jak istotne w profilaktyce tych chorób jest włączenie herbaty do codziennej diety.

Jaką pić herbatę? Na pewno dobrej jakości i na pewno odpowiednio przyrządzoną.  Co do gatunków, wiadomo nam, że najbogatsze w antyoksydanty są herbaty niefermentowane, a więc głównie zielone i białe, ale flawonoidy występują w każdym prawidłowo przygotowanym naparze herbacianym. Informacje o tym, jak zaparzamy herbaty, można znaleźć tutaj i tutaj. A o tym, jakie przy tym najczęściej popełniamy błędy – tutaj.

Na koniec mała uwaga dotycząca smaku zielonej herbaty. Wielu z nas, przyzwyczajonych do picia czarnej herbaty, zniechęca się do zielonej już po pierwszych próbach. Faktem jest jednak, że prawie zawsze jest to spowodowane błędnym zaparzaniem takiej herbaty (zbyt gorącą wodą i zbyt długo). Inna rzecz, że do miłości do dobrych, liściastych herbat dochodzi się stopniowo i nieco czasu wymaga, by zacząć doceniać w pełni walory smakowe i aromat dobrej herbaty (dobroczynny wpływ na nastrój i organizm poczujemy od razu).

środa, 29 stycznia 2014

Kurkuma – najwyższa półka w bożej aptece


Tak tak. Kurkumę stosuj i spożywaj tak często, jak tylko możesz. Najlepiej codziennie. Nie wiem, czy jest jakakolwiek inne naturalne cokolwiek, co ma tak wspaniałe właściwości lecznicze i prozdrowotne. Chyba nie. W Indiach znana od dawien. Dość powiedzieć, że w najstarszym znanym uporządkowanym systemie leczniczym, jakim bez wątpienia jest ajurweda, kurkuma zajmuje miejsce eksponowane, samo centrum. Czemu zawdzięcza kurkuma takie pochwały? Można powiedzieć krótko – kurkuminie. Tylko, jak się spodziewam, niewiele to wyjaśnia.

Kurkumina, to związek chemiczny, jeden z głównych składników kurkumy. To jemu kurkuma zawdzięcza intensywny kolor, oraz całe swe [prozdrowotne działanie. Od strony chemicznej… cóż, nie będę się tu rozpisywał – to po prostu związek należący do grupy polifenoli (a te generalnie podbijają dziś świat zdrowia), bardzo ładny, bo w budowie swej symetryczny (wytrawni esteci tu kończą czytać wpis :). Kurkumina ma, co już wiadomo na pewno, silne działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze, antyoksydacyjne, lipofilne (czytaj: odchudzające) i przeciwzapalne. Sporo tego, jak na jedno żółte coś, prawda? Aha, byłbym zapomniał, ma jeszcze silne działanie barwiące (na pomarańczowo lub żółto), szczególnie widoczne na palcach i pod paznokciami, niestety,

Co to wszystko oznacza? Bóg jeden raczy wiedzieć. Hinduski Bóg (który?) wie od dawna i wiedzą tą podzielił się z Hindusami. Ci zaś, w ramach wspomnianej ajurwedy, od dawien dawna stosują kurkumę na wszelkie rany i stany zapalne, na choroby stawów i ogólnie jako panaceum, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie (jako wszechobecną w ich menu przyprawę). W naszym, zachodnim świecie kurkuma jednak zaczyna dopiero pokazywać, na co ją stać i dlaczego w Indiach stosuje się ja niemal na wszystko. Tak, bo dopiero niedawno udało się naszej oficjalnej medycynie przeprowadzić szereg badań nad kurkuminą,  ich wyniki niejednokrotnie zadziwiły samych, spodziewających się przecież pozytywnych rezultatów, badaczy.

I tak – ma kurkuma ewidentne działanie przeciwzapalne. Hamuje procesy zapalne i jest w tym bardzo skuteczna. To właśnie dlatego jest, co się właśnie okazuje, bardzo dobrym orężem w walce z wszystkimi chorobami cywilizacyjnymi (bo te, jak może pamiętamy, biorą się właśnie ze wzmożenia procesów zapalnych, spowodowanego głównie zachwianiem proporcji Omega3/Omega6 i nadmiernym spożywaniem łatwo przyswajalnych węglowodanów). Ma więc kurkuma niesłychanie silne działanie przeciwnowotworowe. Dowiodły tego liczne badania prowadzone na guzach i komórkach nowotworowych za równo in vitro jak i in vivo. Jedna z ekip badaczy, zdaje się, że holenderska, oznajmiła wręcz, że guzy raka przełyku traktowane kurkumina znikają wręcz w oczach. Wiele innych badań pokazuje podobne wyniki. Działanie przeciwzapalne wpływa także w oczywisty sposób na zmniejszenie ryzyka wystąpienia miażdżycy. Tu, jak wiemy, niedawno obalono pogląd, że chorobę tę wywołuje wysoki poziom związków lipidowych we krwi. Owszem, "zły" cholesterol sprzyja powstawaniu miażdżycy, ale bez stanu zapalnego w tętnicy miażdżycy nie będzie, choćby płynął w niej niemal sam najgorszy cholesterol. A kurkuma do patologicznego stanu zapalnego nie dopuści.

Ciekawe są ostatnie doniesienia ze świata medycyny (to zasługa japońskich lekarzy), które pokazują, że kurkuma, uwaga, nie tylko hamuje procesy demencji, ale wręcz potrafi COFNĄĆ zmiany związane z chorobą alzheimera i może wręcz POPRAWIĆ neurologiczny i psychiczny stan pacjenta dotkniętego tą straszną chorobą! Wspaniałe wyniki uzyskano już po roku codziennego stosowania jednogramowej dawki kurkumy. Jak się pewnie już, czytelniku, domyślasz, kurkuma potrafi tez ochronić nas przed cukrzycą, chorobami związanymi ze stanami zapalnymi stawów, a także, co ciekawe, spowalnia procesy stłuszczenia wątroby, także te związane z nadmiernym spożywaniem alkoholu.

Czy kurkuma ma jakieś wady? Kilka ma. Pierwsza, może nie najistotniejsza, to wiecznie żółte paluchy. No tak, jeśli stosujesz ją codziennie w kuchni, to często będziesz miał takie właśnie palce i trudno będzie je domyć. No zaleta, to to nie jest :) Druga, to smak. Wiem, jest przecież przyprawą, no ale.. Ale ot tak, sproszkowana i na łyżeczce, jest niemal nie do przełknięcia. Rozprowadzona w wodzie i owszem, ale nadal moim zdaniem niesmaczna. Co innego w potrawach, zwłaszcza tłustych – tam gubi ten swój charakterystyczny, nieprzyjemny, lekko gorzkawy posmak i potrafi smak i aromat dania poprawić (a z pewnością poprawia i urozmaica wygląd). Trzecia, najistotniejsza wada, to, niestety, niska wchłanialność z przewodu pokarmowego. Kurkumina nie rozpuszcza się niemal w wodzie. Stad wsypanie łyżeczki do szklanki wody i wypicie takiej mikstury jedynie w niewielkim stopniu wykorzysta moc użytej kurkumy. Możemy jednak znacznie zwiększyć jej przyswajalność stosując ją zawsze z odrobina pieprzu. Zawarta w tym ostatnim peperyna znacząco zwiększa podobno wchłanianie kurkuminy. Inna rzecz, że kurkumina dobrze rozpuszcza się w tłuszczach i w alkoholu. Możemy więc zawsze próbować tymi metodami.

Na temat kurkumy można by pisać i pisać. Dziś ma się wręcz wrażenie, ze co dzień powstaje jakaś nowa naukowa publikacja na jej temat. I dobrze. Lepiej późno, niż wcale. I z jednej stroni dziwić może fakt (ale mnie już nie dziwi), że tak długo trzeba było czekać na to, aż medycyna zajmie się tak wspaniałym lekiem naturalnym. Z drugiej jednak fakt, iż się zajmuje, jest jaskółką zwiastującą to, co może się kiedyś wydarzy – że nie głównie kasa, a głównie zdrowie ludzi będzie miało dla medycyny (a zwłaszcza farmaceutyki) znaczenie.

 Na koniec kilka słów od siebie. Otóż, wiedząc już, co mówi się i pisze o kurkumie, zastosowałem ją kilkakrotnie na własnym podwórku. Kilak razy użyłem jej jako posypki na trudno gojące się, ropiejące rany i pewne zewnętrzne odczyny zapalne. Wyniki za każdym razem były dla mnie szokiem. To niezwykłe, jak kurkuma szybko potrafi wygoić ranę, która os kilku tygodnie nie chce się zagoić ani sama, ani z pomocą typowych farmaceutyków, plastrów i bandaży. Dwa dni i po ropie. Tydzień, i po ranie. Serio serio.



czwartek, 28 lutego 2013

Spodziewany wzrost zachorowań na raka w Polsce


W ciągu dziesięciu, piętnastu lat liczba zachorowań na nowotwory  w Polsce podwoi się. Takie jest oficjalne stanowisko polskich onkologów. Nie dziwi mnie ono wcale. Kiedy stoję w kolejce do kasy w pobliskiej Biedronce i kiedy patrzę, co ludzie mają w swoich koszykach, to skłonny jestem stwierdzić, że nie tylko się podwoi, ale może nawet potroi albo i będzie czterokrotnie większa.

Jak już wspomniałem w jednym z wpisów, ale przypomnę to raz jeszcze, bo to ważne, amerykańscy lekarze alarmują, że już całkiem niedługo, a zarazem  po raz pierwszy od bardzo dawna będzie tak, że dzieci umierać będą wcześniej, niż ich rodzice. Ma to się stać za sprawą tego, że dzisiejsze dzieciaki i młodzież, to osobniki od urodzenia raczone świństwami produkowanymi przez wielkoskalowy, bezwzględny w dążeniu do zysków  przemysł spożywczy, czego nie można powiedzieć o ich rodzicach, którym w młodości i w dzieciństwie zdarzało się jeszcze zjeść na obiad normalnego kurczaka z podwórka, zwykłą szynkę otrzymaną z rozbioru świni karmionej tradycyjnie, a nie przemysłowymi paszami i w której to szynce oprócz samej szynki nie ma niemal niczego innego. Moim zdaniem mają rację. Zresztą, popatrzcie na filmik, do którego link zamieściłem pod wpisem.

To wprawdzie materiał nagrany chyba gdzieś w Chinach, ale myliłby się ten, kto sądzi, że u nas jest jakoś szczególnie inaczej. U nas też produkcją mięsa rządzi pieniądz i robi się wszystko, żeby jak najszybciej wyprodukować go jak najwięcej i żeby to jak najmniej kosztowało. Co jest w tym mięsie? Na pewno antybiotyki, bo nie może sobie hodowca pozwolić na epidemię czegokolwiek. Na pewno hormony wzrostu, boi kurczak ma rosnąć dwa razy szybciej, niż to wynika zwykłej biologii. Na pewno hormony stresu, bo te zwierzęta są w stresie absolutnie całe życie. Na pewno rozliczne środki chemiczne stosowane do konserwowania pasz, do zwalczania grzybów, do dezynfekowania pomieszczeń. A czego w tym mięsie nie ma? Niemal wszystkiego tego, co powinno być, zwłaszcza mikroelementów, witamin, kwasów nienasyconych Omega-3. No bo skąd miałyby się tam wziąć?


środa, 13 lutego 2013

Bardzo dobra wiadomość

Dziś na WP opublikowano wiadomość, która, o ile jest prawdziwa i o ile wszystko dalej dobrze pójdzie, a wielkie pieniądze biznesu farmaceutycznego tego nie zablokują, będzie medycznym newsem dekady. Nie wiem, jak wy, ale ja za naukowców z Pensylwanii trzymam kciuki.

LINK DO TEKSTU Z WP

P.S.
Kolejny wpis autorski za dzień lub dwa.

wtorek, 22 stycznia 2013

Zdrowe życie - trudna rzecz


Jedno jest pewne – to nie będzie łatwe. Właściwie, dla wielu niemożliwe. Jeśli coś robiła babka, potem mama i teraz robisz to Ty, jeśli robią tak samo właściwie wszyscy w koło, to trudno będzie Tobie powiedzieć sobie, że to nie jest dobre. A jeszcze trudniej będzie wyjaśnić to innym. I nawet, jeśli się przekonasz, jeśli wszystkie argumenty ułożą się Tobie w spójną całość (którą są w istocie), to wiedz, że najtrudniejsze przed Tobą.

Nasi przodkowie przez setki tysięcy… a tam, setki tysięcy - więcej nawet, niż dwa miliony lat, żyli sobie w tym swoim paleolicie i kształtowali nasz gatunek. Urządzali go niejako od środka, nadając formę genetyczną, a co za tym idzie, biologiczną. A może odwrotnie (bardziej ewolucyjnie), biologia gatunku wymuszona środowiskiem odciskała się w jego genach. Miała czas. Wystarczająco dużo czasu. A potem przyszła era rolnicza i ledwie w kilka tysięcy lat sprawiła, że wszystko jest całkiem odwrotnie. Paleolit – dwa miliony lat, jakieś sto tysięcy pokoleń. Era rolnicza – powiedzmy, dziesięć tysięcy lat, maksymalnie, bo dla większości plemion sześć lub siedem. Trzysta pokoleń. Rozumiesz?

 Dla naszej świadomości dziesięć tysięcy lat ostatniej historii, to bardzo wiele, to praktycznie cała historia, prędzej prawie nic się nie wydarzyło, a wszystko, co w książkach, dotyczy właśnie tego okresu. Ale dla naszej biologii to jedno tyknięcie zegara (no, może dziesięć tyknięć), zwyczajnie za mało, by coś mogło się zmienić. Zaś dwa miliony lat paleolitu, to czas dość długi, by ukształtować gatunek.

Inaczej. Jedna z podstawowych spraw – nie powinieneś jednocześnie jeść pokarmu zawierającego tłuszcze i pokarmu zawierającego węglowodany. Nasi przodkowie nigdy tak nie robili. Jak udało im się upolować antylopę albo fokę, wcinali mięso i nie robili sobie przystawek z ziemniaczków. A jeśli już trafili pod drzewo z jakimiś smacznymi owocami, to nie zawracali sobie głowy polowaniem. I słusznie. Pokarmy bogate w tłuszcze są, jak się okazuje, fenomenalnym dla nas pokarmem.  Jesteśmy w stu procentach przystosowani do tego, by było to dla nas główne źródło energii i niezbędnych składników odżywczych. W połączeniu z białkiem (a więc w mięsie, w orzechach, w niektórych nasionach) wręcz wyśmienite. Jest jednak problem, który polega na tym, że jeśli do naszego żołądka trafia na raz kawałek mięsa, a obok niego, w tym samym czasie kilka ziemniaków, to węglowodany zawarte w tych drugich niejako przeprogramowują nasz metabolizm tłuszczów i stają się one (te tłuszcze) o wiele mniej dla nas zdrowe. A węglowodany, jak to węglowodany, same w sobie, zbyt zdrowe nie są (choć potrafią być cennym źródłem energii, zwłaszcza, gdy akurat od dłuższego czasu nie ma czego upolować).

Do czego zmierzam? Popatrz na stół, na talerze w swoim domu, kiedy są jeszcze na nich Wasze dania. Nieważne co to, czy śniadanie, obiad, deser, czy kolacja. Przypomnij sobie, jak wyglądały wczoraj, czy przedwczoraj. Niewielka szansa, żebyś znalazł taki przypadek, żeby tłuszcze nie były w nich łączone z węglowodanami. Gulasz z kaszą, kurczak z ryżem, schabowy z ziemniakami, chleb z masłem, mleko z płatkami, sos z tłuszczu z mięsa, z masła i mąki. Niszczysz tym swoje zdrowie. Tylko że nawet, jeśli się z tym zgodzisz, to albo przekonasz do tego wszystkich Twoich bliskich, albo… będzie miedzy wami coraz gorzej.

Albo weźmy co innego – cukier. Ten na dobre pojawił się w naszej kuchni raptem ze dwieście lat temu i od tego czasu jego spożycie rośnie we wprost niewiarygodnym tempie. Cukier, czyli sacharoza, jest w mgnieniu oka rozkładany na prostsze od siebie fruktozę i glukozę, a spożyty, natychmiast podnosi poziom tej drugiej we krwi. O tym będzie jeszcze sporo, ale teraz przyjmijmy tylko za fakt, że to naprawdę bardzo bardzo źle. I co? Zrezygnujesz z ciasta na imieninach cioci? Namówisz żonę, żeby wyrzuciła z domu wszystkie blachy do pieczenia? A męża namówisz na to, by przestał lubić sernik teściowej? Albo żeby nie słodził już herbaty? Żeby nie pił więcej drinków z Colą? Zapewniam Cię, że nawet, jeśli pojmiesz i zaakceptujesz wszystko to, o czym będzie tu mowa, to i tak niemal nie masz szans, żeby w zgodzie z tym zacząć żyć. Niestety. No chyba, że… nie, tego Tobie nie życzę.

piątek, 18 stycznia 2013

Niech nasze dzieci żyją długo i pięknie


Zastanawiałeś się kiedyś, co się z nami dzieje? Powinieneś, bo nie jest dobrze. Całkiem niedawno grupa amerykańskich lekarzy przekazała światu wnioski z badań, które sprowadzały się do jednego – ze zdrowiem ludzi w krajach uprzemysłowionych będzie coraz gorzej. Jednym z bardziej drastycznych przekazów był ten, że oto nadchodzą czasy, w których dzieci coraz częściej żyły będą krócej, niż ich rodzice. Innymi słowy stwierdzili, że postęp medyczny przestanie nadążać za tym, jak bardzo niszczymy siebie sami ogólnym postępem cywilizacyjnym. Wspaniale? Nie bardzo.

Wydaje się, że wszystko zaczęło się kilka tysięcy lat temu, za sprawą tak zwanej rewolucji neolitycznej. Rewolucja ta, to nic innego, jak przestawienie się wielu ludów zamieszkujących Ziemię z łowiecko-zbierackiego trybu życia na tryb rolniczy. Wywołało to pogorszenie zdrowotności ludzi, a w ślad za tym drastyczne skrócenie średniej długości ich życia (a zwłaszcza częstości dożywania wieku średniego i, tym bardziej, podeszłego).  Do rewolucji neolitycznej postęp cywilizacyjny całkiem niedawno dorzucił rewolucję przemysłową, a ta spowodowała kolejne niekorzystne zmiany w takich dziedzinach naszego życia, jak sposób odżywiania, zakres aktywności fizycznej, jakość środowiska, nadmierna sterylność życia, wzmożony kontakt z nieobojętnymi substancjami chemicznymi, a później wysokoprzetworzone produkty przemysłu spożywczego, konserwanty i ciągły stres.

Wszystko to, o czym mowa w poprzednim akapicie,  wszystko to razem, złożyło się na bardzo głębokie zmiany w funkcjonowaniu naszych organizmów, niosąc za sobą wręcz pojawienie się wielu nieznanych prędzej chorób, a w przypadku innych doprowadzając do bardzo wysokich, nienotowanych przez miliony lat historii naszego gatunku współczynników zachorowalności. I tylko rozwojowi medycyny oraz w pewnym stopniu farmakologii zawdzięczmy to, że możemy ciągle być świadkami narodzin naszych wnuków, a czasem i prawnuków. Wiele wskazuje jednak na to, że jeśli się za siebie nie weźmiemy, będziemy raczej świadkami ich ciężkich chorób, sami chorując równie poważnie.

Czy ja gadam od rzeczy, czy prawię tu farmazony? „Wyluzuj gościu” – myślisz sobie? Nie masz racji. Jeszcze niedawno sam, choć świadom tego, że cywilizacja wpędza nas w pewne problemy, daleki byłem od pokazywania palcem, gdzie są przyczyny, gdzie wina. Ale odkąd i mnie przydarzył się bliski kontakt z chorobą nowotworową bardzo młodego człowieka, zacząłem myśleć, szukać, czytać, a co najważniejsze, starać się zrozumieć. Dziś, po dwóch latach, jasnymi stało się dla mnie wiele rzeczy, o których prędzej nie miałem zielonego pojęcia, zrozumiałem działanie wielu mechanizmów, z istnienia których nie zdawałem sobie sprawy i nauczyłem się wiele o tym, jak funkcjonują nasze organizmy. I o tym wszystkim będę tu pisał. Pamiętał będę przy tym, by moja mowa była prosta i by jasno wynikało z niej, czego jestem pewien, a co pozostaje w sferze hipotez i przypuszczeń. I postaram się nie nudzić.

Zastanawiasz się, kim jestem? Nie, nie jestem sfrustrowanym, zgorzkniałym pierdzielem. Mój syn żyje i ma się dobrze i wedle wszelkiej medycznej wiedzy tak winno pozostać.  Jestem więc poniekąd szczęśliwy. Tym bardziej, że potrafię docenić piękno świata i życia i że mam wokół siebie wiele pięknej miłości i dobra. Posiadłszy jednak wiedzę związaną z zagadnieniami opisywanymi powyżej, nie mogę siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak bezwiednie, a czasem wręcz przekonani o dobroczynności naszych działań, szkodzimy sobie i naszym dzieciom. Dlatego ten blog. I dlatego, że każdy z nas wiele może zrobić, byśmy sami, a także nasze dzieci, żyli dłużej i zdrowiej. Nie na wszystko mamy wpływ, ale na wiele, naprawdę bardzo wiele.