Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antynowotworowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antynowotworowe. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Herbata - filiżanka zdrowia na co dzień


Rozmyślając i pisząc o zdrowym życiu i o wpływie diety na nasze zdrowie, nie sposób nie wspomnieć o herbacie. Dziś już wiadomo powszechnie, że ten napój, znany od tysiącleci na dalekim wschodzie i od dawna traktowany tam, jako lekarstwo dobre dla ciała i ducha (pierwotnie stosowany wyłącznie, jako lek), jest rzeczywiście skuteczny w walce z wieloma chorobami, a włączany do codziennej diety ma dobroczynny wpływ na stan naszego ducha oraz w istotnym wymiarze zapobiega chorobom cywilizacyjnym, takim, jak nowotwory, choroby naczyń czy cukrzyca. Jak to się dzieje?

Kluczem jest oczywiście to, co zawiera w swoim składzie herbata. Najważniejszą rolę w prozdrowotnym i leczniczym działaniu herbaty przypisuje się zawartym w naparze antyoksydantom. Chodzi tu o związki z grupy polifenoli, przede wszystkim o flawonoidy takie, jak na przykład EGCG – przeciwutleniacz tysiąckrotnie silniejszy, niż witamina C. Flawonoidy zawarte w naparze z liści herbacianego krzewu chronią komórki naszych organizmów przed stresem oksydacyjnym, neutralizując wolne rodniki i blokując ich destrukcyjny wpływ na struktury wewnątrzkomórkowe. Oznacza to, że codzienne picie herbaty będzie chronić nas przed sytuacjami inicjującymi proces nowotworzenia, a to bardzo istotne To istotniejsze dziś, niż kiedykolwiek prędzej, bo jesteśmy obecnie narażeni na działanie wolnych rodników w niespotykanej dotąd skali. Zawarte są on między innymi w przetworzonej żywności, w wdychanym powietrzu (dym papierosowy, spaliny, smog przemysłowy, jonizacja), w lekach, w konserwowanych i długo przydatnych do spożycia przetworach cukierniczych i mięsnych i w wielu innych substancjach i produktach, z jakimi mamy na co dzień do czynienia. Taka sytuacja wymaga, byśmy zwiększali także ilość przyjmowanych z pożywieniem przeciwutleniaczy, a herbata, zwłaszcza zielona, jest na to doskonałym sposobem.

Owe występujące dziś w nadmiarze wolne rodniki mają jeszcze tę cechę, że potrafią utleniać tłuszcze. A do tłuszczów zaliczamy na przykład cholesterole. Cholesterole pełnia ważne funkcje w naszych organizmach i błędnie obarczane są winą za choroby naczyń. Prawdą jest jednak, że utleniony, a więc wystawiony na działanie wolnych rodników cholesterol, potrafi uszkodzić tętnice i zapoczątkować zmiany prowadzące do miażdżycy. Oto więc kolejny powód, by w dzisiejszych czasach popijać często zieloną herbatę, która neutralizuje działanie wolnych rodników. Tym bardziej, że utlenione cholesterole fundujemy sobie także sami. Jak, no tak, jak większość dietetycznego zła dzisiejszego świata – w wysoko przetworzonej lub źle przyrządzonej żywności (np. produkty mięsne poddawane obróbce w wysokich temperaturach, mleko w proszku, wędliny). 


Dowiedziono także, że herbata ma działanie przeciwzapalne. Jeśli teraz przypomnimy sobie, że to właśnie stan zapalny jest czynnikiem wywołującym procesy prowadzące do chorób cywilizacyjnych (z nowotworami złośliwymi i miażdżycą tętnic na czele), to zaczynamy rozumieć, jak istotne w profilaktyce tych chorób jest włączenie herbaty do codziennej diety.

Jaką pić herbatę? Na pewno dobrej jakości i na pewno odpowiednio przyrządzoną.  Co do gatunków, wiadomo nam, że najbogatsze w antyoksydanty są herbaty niefermentowane, a więc głównie zielone i białe, ale flawonoidy występują w każdym prawidłowo przygotowanym naparze herbacianym. Informacje o tym, jak zaparzamy herbaty, można znaleźć tutaj i tutaj. A o tym, jakie przy tym najczęściej popełniamy błędy – tutaj.

Na koniec mała uwaga dotycząca smaku zielonej herbaty. Wielu z nas, przyzwyczajonych do picia czarnej herbaty, zniechęca się do zielonej już po pierwszych próbach. Faktem jest jednak, że prawie zawsze jest to spowodowane błędnym zaparzaniem takiej herbaty (zbyt gorącą wodą i zbyt długo). Inna rzecz, że do miłości do dobrych, liściastych herbat dochodzi się stopniowo i nieco czasu wymaga, by zacząć doceniać w pełni walory smakowe i aromat dobrej herbaty (dobroczynny wpływ na nastrój i organizm poczujemy od razu).

środa, 29 stycznia 2014

Kurkuma – najwyższa półka w bożej aptece


Tak tak. Kurkumę stosuj i spożywaj tak często, jak tylko możesz. Najlepiej codziennie. Nie wiem, czy jest jakakolwiek inne naturalne cokolwiek, co ma tak wspaniałe właściwości lecznicze i prozdrowotne. Chyba nie. W Indiach znana od dawien. Dość powiedzieć, że w najstarszym znanym uporządkowanym systemie leczniczym, jakim bez wątpienia jest ajurweda, kurkuma zajmuje miejsce eksponowane, samo centrum. Czemu zawdzięcza kurkuma takie pochwały? Można powiedzieć krótko – kurkuminie. Tylko, jak się spodziewam, niewiele to wyjaśnia.

Kurkumina, to związek chemiczny, jeden z głównych składników kurkumy. To jemu kurkuma zawdzięcza intensywny kolor, oraz całe swe [prozdrowotne działanie. Od strony chemicznej… cóż, nie będę się tu rozpisywał – to po prostu związek należący do grupy polifenoli (a te generalnie podbijają dziś świat zdrowia), bardzo ładny, bo w budowie swej symetryczny (wytrawni esteci tu kończą czytać wpis :). Kurkumina ma, co już wiadomo na pewno, silne działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze, antyoksydacyjne, lipofilne (czytaj: odchudzające) i przeciwzapalne. Sporo tego, jak na jedno żółte coś, prawda? Aha, byłbym zapomniał, ma jeszcze silne działanie barwiące (na pomarańczowo lub żółto), szczególnie widoczne na palcach i pod paznokciami, niestety,

Co to wszystko oznacza? Bóg jeden raczy wiedzieć. Hinduski Bóg (który?) wie od dawna i wiedzą tą podzielił się z Hindusami. Ci zaś, w ramach wspomnianej ajurwedy, od dawien dawna stosują kurkumę na wszelkie rany i stany zapalne, na choroby stawów i ogólnie jako panaceum, zarówno zewnętrznie, jak i wewnętrznie (jako wszechobecną w ich menu przyprawę). W naszym, zachodnim świecie kurkuma jednak zaczyna dopiero pokazywać, na co ją stać i dlaczego w Indiach stosuje się ja niemal na wszystko. Tak, bo dopiero niedawno udało się naszej oficjalnej medycynie przeprowadzić szereg badań nad kurkuminą,  ich wyniki niejednokrotnie zadziwiły samych, spodziewających się przecież pozytywnych rezultatów, badaczy.

I tak – ma kurkuma ewidentne działanie przeciwzapalne. Hamuje procesy zapalne i jest w tym bardzo skuteczna. To właśnie dlatego jest, co się właśnie okazuje, bardzo dobrym orężem w walce z wszystkimi chorobami cywilizacyjnymi (bo te, jak może pamiętamy, biorą się właśnie ze wzmożenia procesów zapalnych, spowodowanego głównie zachwianiem proporcji Omega3/Omega6 i nadmiernym spożywaniem łatwo przyswajalnych węglowodanów). Ma więc kurkuma niesłychanie silne działanie przeciwnowotworowe. Dowiodły tego liczne badania prowadzone na guzach i komórkach nowotworowych za równo in vitro jak i in vivo. Jedna z ekip badaczy, zdaje się, że holenderska, oznajmiła wręcz, że guzy raka przełyku traktowane kurkumina znikają wręcz w oczach. Wiele innych badań pokazuje podobne wyniki. Działanie przeciwzapalne wpływa także w oczywisty sposób na zmniejszenie ryzyka wystąpienia miażdżycy. Tu, jak wiemy, niedawno obalono pogląd, że chorobę tę wywołuje wysoki poziom związków lipidowych we krwi. Owszem, "zły" cholesterol sprzyja powstawaniu miażdżycy, ale bez stanu zapalnego w tętnicy miażdżycy nie będzie, choćby płynął w niej niemal sam najgorszy cholesterol. A kurkuma do patologicznego stanu zapalnego nie dopuści.

Ciekawe są ostatnie doniesienia ze świata medycyny (to zasługa japońskich lekarzy), które pokazują, że kurkuma, uwaga, nie tylko hamuje procesy demencji, ale wręcz potrafi COFNĄĆ zmiany związane z chorobą alzheimera i może wręcz POPRAWIĆ neurologiczny i psychiczny stan pacjenta dotkniętego tą straszną chorobą! Wspaniałe wyniki uzyskano już po roku codziennego stosowania jednogramowej dawki kurkumy. Jak się pewnie już, czytelniku, domyślasz, kurkuma potrafi tez ochronić nas przed cukrzycą, chorobami związanymi ze stanami zapalnymi stawów, a także, co ciekawe, spowalnia procesy stłuszczenia wątroby, także te związane z nadmiernym spożywaniem alkoholu.

Czy kurkuma ma jakieś wady? Kilka ma. Pierwsza, może nie najistotniejsza, to wiecznie żółte paluchy. No tak, jeśli stosujesz ją codziennie w kuchni, to często będziesz miał takie właśnie palce i trudno będzie je domyć. No zaleta, to to nie jest :) Druga, to smak. Wiem, jest przecież przyprawą, no ale.. Ale ot tak, sproszkowana i na łyżeczce, jest niemal nie do przełknięcia. Rozprowadzona w wodzie i owszem, ale nadal moim zdaniem niesmaczna. Co innego w potrawach, zwłaszcza tłustych – tam gubi ten swój charakterystyczny, nieprzyjemny, lekko gorzkawy posmak i potrafi smak i aromat dania poprawić (a z pewnością poprawia i urozmaica wygląd). Trzecia, najistotniejsza wada, to, niestety, niska wchłanialność z przewodu pokarmowego. Kurkumina nie rozpuszcza się niemal w wodzie. Stad wsypanie łyżeczki do szklanki wody i wypicie takiej mikstury jedynie w niewielkim stopniu wykorzysta moc użytej kurkumy. Możemy jednak znacznie zwiększyć jej przyswajalność stosując ją zawsze z odrobina pieprzu. Zawarta w tym ostatnim peperyna znacząco zwiększa podobno wchłanianie kurkuminy. Inna rzecz, że kurkumina dobrze rozpuszcza się w tłuszczach i w alkoholu. Możemy więc zawsze próbować tymi metodami.

Na temat kurkumy można by pisać i pisać. Dziś ma się wręcz wrażenie, ze co dzień powstaje jakaś nowa naukowa publikacja na jej temat. I dobrze. Lepiej późno, niż wcale. I z jednej stroni dziwić może fakt (ale mnie już nie dziwi), że tak długo trzeba było czekać na to, aż medycyna zajmie się tak wspaniałym lekiem naturalnym. Z drugiej jednak fakt, iż się zajmuje, jest jaskółką zwiastującą to, co może się kiedyś wydarzy – że nie głównie kasa, a głównie zdrowie ludzi będzie miało dla medycyny (a zwłaszcza farmaceutyki) znaczenie.

 Na koniec kilka słów od siebie. Otóż, wiedząc już, co mówi się i pisze o kurkumie, zastosowałem ją kilkakrotnie na własnym podwórku. Kilak razy użyłem jej jako posypki na trudno gojące się, ropiejące rany i pewne zewnętrzne odczyny zapalne. Wyniki za każdym razem były dla mnie szokiem. To niezwykłe, jak kurkuma szybko potrafi wygoić ranę, która os kilku tygodnie nie chce się zagoić ani sama, ani z pomocą typowych farmaceutyków, plastrów i bandaży. Dwa dni i po ropie. Tydzień, i po ranie. Serio serio.



wtorek, 23 lipca 2013

Jelito grube - jak nie pozwolić mu zachorować


Witam po dłuższej przerwie

Dziś linki do dwóch artykułów traktujących o raku jelita grubego. Pierwszy z nich pokazuje, co zwiększa ryzyko zachorowania. Mamy tu dwa główne czynniki – dieta bogata w cukry (żadna nowość) i dieta bogata w tłuszcze. Szkoda tylko, że nie podano, w jakie tłuszcze, ale po wnikliwej lekturze wywnioskować można, że w te, w które coraz bogatsza jest generalnie dieta ludzi z krajów uprzemysłowionych. No, to jesteśmy w domu.

Ciekawych słów kilak pada w artykule na temat błonnika. Mianowicie pisze autor, że dieta bogata w błonnik wg niektórych sprzyja profilaktyce raka jelita grubego, ale że są tez badania, które dowodzą, że żadnego związku tu nie ma. To też żadna nowość, biorąc pod uwagę fakt, że w badaniach, w których zachorowalność na raka jelita grubego była taka sama wśród osób z dieta bogatą w błonnik jak w grupie kontrolnej, błonnik ów pochodził z produktów zbożowych (z tzw. pełnego przemiału). Dziś już niemal pewne jest, że błonnik błonnikowi nie równy i że szczególne ma to znaczenie właśnie dla ścian jelita grubego. Otóż ten, który zawarty jest w roślinach zielonych i w niektórych owocach jest korzystny dla naszego zdrowia, a ten, który dostarczamy do jelita grubego wraz z produktami zbożowymi (nawet tymi z pełnego przemiału), jest w najlepszym razie obojętny, a niektóre badania donoszą, iż jest wręcz dla jelita grubego drażniący.

Drugi artykuł wspomina o prewencyjnym działaniu kwasu acetylosalicylowego. Okazuje się (nie pierwszy raz, że związek ten chroni nas przed rakiem jelita grubego właśnie). Nic dziwnego, kwas ten (w naturze występujący w nieco innej wersji – jako kwas salicylowy – na przykład w soku brzozowym), jest silnym środkiem przeciwzapalnym, a w powstawaniu raka jelita grubego procesy zapalne zdają się mieć szczególnie istotne znaczenie. Szkoda tylko, że autorzy tego typu artykułów uparcie wspominają wprowadzoną przez koncern BAYER nazwę handlową tego kwasu, a zapominają, że nasz rodzimy przemysł farmaceutyczny produkuje go pod nazwą Polopiryna.

Co do jelita grubego i przyczynach oraz zapobieganiu złośliwym nowotworom tego narządu – można pisać jeszcze sporo. Wiadomo, że wszystkie substancje hamujące powstawanie stanów zapalnych w organizmie będą tu miały pozytywny wpływ (a więc na przykład kurkumina czy kwasy nienasycone Omega-3). Ostatnio mówi się też o tym, że wspaniały wpływ na kondycję ścian jelita grubego i ewidentne zmniejszenie ryzyka powstawania raka w tych ścianach ma kwas masłowy, który możemy suplementować, jako maślan sodu (w aptekach dostępny, jako Debutir – bez recepty).  Ale o tym w kolejnych wpisach, które, mam nadzieję, będę mógł zamieszczać tu znacznie częściej i regularnie.

Pozdrawiam czytelników

Ja_K

wtorek, 14 maja 2013

„Cudowna” dieta śródziemnomorska


Tu i ówdzie od czasu do czasu da się przeczytać, że dieta śródziemnomorska, to najlepszy na świecie schemat żywienia, dający spore nadzieje na to, iż stosowany zagwarantuje dożycie sędziwej starości bez obaw o problemy z sercem, nadciśnieniem, nowotworami i innymi chorobami naszych czasów. Jednak kiedy przyjrzeć się sprawie bliżej, to okaże się, że nie brak publikacji popartych badaniami, w których mówi się, że z tą dietą śródziemnomorską, to nie tak wesoło, że owszem, niby są regiony, w których jakby zdrowie dopisuje nieco powszechniej, niż na przykład w Polsce, że tu i ówdzie ludzie jakoś łatwiej dożywają setki, niż na północy Europy, ale że to nie wszędzie, nie zawsze i że efekt nie jest jakiś powalający. To kto ma rację?

Jak zwykle – jedni i drudzy. Jeśli był kto raz czy kilka gdzieś we Włoszech czy w Grecji, to wie ów, że inaczej się tam jada, niż u nas. Ale uwaga – nie tylko jada, żyje się inaczej, bardzo inaczej! I jedno i drugie ma wpływ na to, że jest im tam trochę łatwiej nie zapaść na coś nowoczesnego.

Zacznę od końca. Znaczy – po pierwsze – klimat. No tak. Kto był, ten wie. Niby upały latem, a lekuchno się tak tam oddycha. Człowiek budzi się rano i wie, ze jest szczęśliwy, choć nie wie jeszcze dlaczego. To ważne. I to, że zima nieczęsto musi pół godziny się ubierać, żeby z domu wyjść. Zdaje się, że ten śródziemnomorski klimat jest wprost idealny dal większości ludzi ras wszelkich, że życie w nim daje swoiste fory w postaci łatwości bycia szczęśliwym, w postaci mniejszej ilości okazji do walki z trudnymi, zwykłymi dla nas na przykład infekcjami itd. Tam się po prostu fajnie żyje. Nawet wtedy, kiedy my z łopatami walczymy ze śniegiem, żeby dało się wyjechać autem z posesji. A i latem tez cudnie pachnie tam powietrze.

Po drugie – morze. O tak, morze i jego skarby są dla ludzi tamtych okolic tym, czym dla nas skarby chlewu i obory 9przy czym obory, niestety, raczej rzadko). Oni wcinają świeżo złowione ośmiornice, krewetki, ryby morskie wszelkich gatunków, a my w tym czasie schabowego. To jest różnica przeogromna. I znów – kto był, ten wie. Dla niektórych z nas, tych wieprzowinowych „ortodoksów” to wręcz nie do zniesienia. Już nie mówię, że czasem wręcz nie mają tam czego zjeść, bo jednak zwykle są w knajpkach jakieś „normalne: dania w menu, ale same zapachy, widoki tych ośmiornic suszących się na płotach… Kto był, ten wie (a byli już prawie wszyscy). Oczywiście, że obfitość morskiej zwierzyny na śródziemnomorskich stołach daje Śródziemnomorcom niezłego kopa w kierunku właściwej proporcji pomiędzy kwasami tłuszczowymi Omega-3, a kwasami Omega-6 w ich diecie. To MUSI się odbić na ich zdrowiu, to musi spowodować, że mniej u nich zawałów, udarów, nowotworów i cukrzyc. Nie ma cudów – musi. Zachwianie tychże proporcji w diecie Polaka, jest chyba drugim po gigantycznej konsumpcji łatwo przyswajalnych węglowodanów czynnikiem, jaki w efekcie daje lawinowy przyrost ilości zachorowań na choroby cywilizacyjne w naszym kraju (co dotyczy większości innych krajów dotkniętych problemem). Wygląda na to, że ludy zamieszkujące rejon Morza Śródziemnego mają z tym akurat mniejszy nieco problem.

Po trzecie – wino. No, to już wiemy wszyscy. Resweratrol i te sprawy. Bitwa trwa i jedni twierdzą, że jest cudowny, inni, ze bez znaczenia. Mnie, po analizie wielu doniesień i wyników badań, wydaje się, że jednak jest to czynnik sprzyjający zdrowiu. I uwaga – tu będę nieco kontrowersyjny. Nie tylko resweratrol w winie jest taki zbawienny. Całkiem dobry, całkiem sprzyjający zdrowiu jest też w tamtych rejonach… alkohol etylowy. A tak. To, ze alkohol ma zbawienny wpływ na zdrowie ludzi z problemami miażdżycowymi, jest już dziś całkiem jawnie artykułowane. To, że jego umiarkowane spożycie wpływa pozytywnie na wiele procesów życiowych, dając w efekcie niższe ryzyko na zapadnięcie na jakąś cywilizacyjną chorobę, jest pewne. Ale… No właśnie. Jest tu” ale” związane z umiarkowana ilością. Bo u nas też się pije. Ale u nas jednak bez resweratrolu i na dodatek szklanami. Oni, z tych dość ciepłych krajów, znów wygrywają.

No to dlaczego, mimo wszystko, tak słabo im tam idzie z tymi rekordami długości życia, z tą zachorowalnością na raki, cukrzyce, wieńcówki itd.? No… kto był, ten wie. Wszędzie, gdzie tylko można, widać tam bułki, białe do bólu chlebki, ciasta, makarony. Włoskie, greckie czy chorwackie danie obiadowe wygląda jednak dość podobnie, jak nasze. Owszem, mniej tam wieprza, ale jakieś tłuszcze jednak na talerzu są, a obok nich, niestety, całe mnóstwo węglowodanów, i to często tych w najgorszej postaci (pizza, spaghetti, turecki kebab z turecką buła itp.). Na dodatek wiele z narodów tamtych rejonów uwielbia… desery. Cukier cukier i jeszcze raz cukier. Bez tego tam ani rusz. A jak cukier, to wszyscy wiemy, kto się cieszy. I z cukru i tych makaronów. Nasz Pan Rak.

Podsumowując – wielkie plusy dla tamtego stylu życia – za owoce morza, za wszechobecność oliwy z oliwek (ale uwaga – nasz olej lniany i rzepakowy – to oleje jeszcze dla nas lepsze!), za wino w umiarkowanych ilościach, za sjestę, za piękny klimat, za kozie mleko zamiast krowiego – to wszystko daje im szansę na dłuższe życie. Ale ciasta, makarony, bułki, słodycze – to im tę szansę z kolei odbiera. Zwłaszcza, że jak większość dziś ludzi, łączą to wszystko na jednym talerzu, a tego, to już nasze organizmy unieść nie potrafią.

sobota, 16 marca 2013

Ale jaja (są zdrowe?)


Jaja mają sporo cholesterolu. Dlatego od lat wielu lekarzy i dietetyków od zdrowych posiłków zniechęcało do ich spożywania. Ci, którzy robią tak do dziś, to ignoranci, którym nie chce się czytać branżowych gazet.

Jajo ptasie (w tym kurze), to posiłek dla człowieka niemal idealny. Śmiem twierdzić, że człowiek w zasadzie mógłby żywić się niemal wyłącznie jajami. Jaja mają w sobie prawie wszystko, co trzeba. Nie ma się co dziwić, w końcu z jaja wykluwa się już „gotowe” zwierzę. Wprawdzie ptak, ale to już i tak nieźle, przecież nie mięczak ani płaziniec tym bardziej. Dobra, zupełnie serio – jajko, także kurze, ma w sobie tak wiele cennych minerałów, witamin, białka, kwasów tłuszczowych, mikroelementów, że  jest pożywieniem praktycznie doskonałym. Skąd więc ta zła medyczna sława jaj? Z niewiedzy medyków głównie.

Otóż, jajo ma w żółtku sporo cholesterolu. I to tego „złego”!!. To dlatego mówi się jeszcze ciągle „sercowcom”, że jajko, to tylko w formie wydmuszki. Źle im się mówi. Bo kto się trochę orientuje, ten wie, iż od kilkunastu lat jest jasne, że cholesterol dostarczany nam w pokarmie jedynie w bardzo nieznacznym stopniu wchłaniany jest z przewodu pokarmowego. Wiadomo dziś, że jeśli ktoś ma problem ze złym cholesterolem, to problem ten rodzi się w wątrobie i często więcej wspólnego ma z nadmiernym spożywaniem cukrów, niż z jajkiem.

Tak, dziś rozróżniamy cholesterol egzogenny (czyli dostarczany z pożywieniem) i endogenny (wytwarzany z innych cząstek wewnątrz organizmu). I wiemy dziś, że jeśli ktoś ma tego złego cholesterolu za wiele, to jest to głównie cholesterol endogenny, a jeśli chcemy obniżyć jego poziom, powinniśmy jak ognia unikać węglowodanów (bo to z nich wątroba produkuje cholesterol najchętniej).

Czyli? Czyli jajka, bo są BARDZO ZDROWE, ale pod jednym warunkiem – zniosła je kura szczęśliwa, żyjąca sobie swobodnie na podwórku, nie znająca smaku antybiotyku ani karmy hodowlanej dla kur. Jeśli żywiła się dżdżownicą czasem lub pędrakiem, czasem trawą a czasem rozsypanym przypadkiem ziarnem. Jeśli przed zimnem i deszczem mogła si schować w kurniku, a w razie pięknej pogody mogła cieszyć się słońcem.  To szczęście kury ma decydujące znaczenie. Jaja kury z podwórka mają zgoła odmienny skład chemiczny od jaj z hodowli klatkowych. A co tu się dziwić. Jakim cudem  zdrowe mają być jaja pochodzące od kury, która NIGDY nie widziała słońca, która NIGDY nawet nie przeszła pięciu metrów, która w paszy dostaje antybiotyki, pestycydy, fungicydy i wiele innych świństw?!

Jakiś czas temu czytałem, że wystarczy jeść dwa jajka od kur klatkowych TYGODNIOWO, by narazić się na zwiększone ryzyko zawału, udaru i nowotworów. DWA TYGODNIOWO!!! A z drugiej strony, te same badania dostarczają dowodów, że wystarczy 14 jaj od kury z podwórka tygodniowo, by…. Ryzyko tych samych chorób OBNIZYĆ!

Paradoks? Nie całkiem. Chodzi o to, że, jak już wspomniałem, jaja z chowu klatkowego i jaja od kur z tzw. wolnego wybiegu, to zupełnie inne produkty. Tylko te drugie mają to, co dla nas cenne i w takich, jak trzeba, proporcjach. Tylko te drugie pełne są też zbawiennych kwasów tłuszczowych Omega-3. Te pierwsze zaś nie mają ich wcale, za to sporo w nich substancji, których nigdy nie powinniśmy dostarczać naszym ciałom w pożywieniu.

Tak to jest z jajami. Zresztą, nie tylko z nimi. Tak samo jest z mięsem kur i kurczaków, z mięsem świń, mięsem i mlekiem krów i z wieloma innymi składnikami naszej diety, które mogą pochodzić od zwierząt katowanych w wielkoskalowych hodowlach. O tych innych napiszę jeszcze innym razem.

Smacznego jajka! W końcu niedługo święta.

Acha, te zdrowe można kupić w sklepie. Musza mieć pieczątkę zaczynającą się cyfrą „1”. Choć ostatnia afera jajowa w Niemczech każe powątpiewać, czy kupując takie, nie jesteśmy, jak zwykle przez producentów, robieni w bambuko. Ja tam myślę sobie, że jednak najlepsze są te bez pieczątek, od sąsiada, labo ciotki ze wsi.

czwartek, 28 lutego 2013

Spodziewany wzrost zachorowań na raka w Polsce


W ciągu dziesięciu, piętnastu lat liczba zachorowań na nowotwory  w Polsce podwoi się. Takie jest oficjalne stanowisko polskich onkologów. Nie dziwi mnie ono wcale. Kiedy stoję w kolejce do kasy w pobliskiej Biedronce i kiedy patrzę, co ludzie mają w swoich koszykach, to skłonny jestem stwierdzić, że nie tylko się podwoi, ale może nawet potroi albo i będzie czterokrotnie większa.

Jak już wspomniałem w jednym z wpisów, ale przypomnę to raz jeszcze, bo to ważne, amerykańscy lekarze alarmują, że już całkiem niedługo, a zarazem  po raz pierwszy od bardzo dawna będzie tak, że dzieci umierać będą wcześniej, niż ich rodzice. Ma to się stać za sprawą tego, że dzisiejsze dzieciaki i młodzież, to osobniki od urodzenia raczone świństwami produkowanymi przez wielkoskalowy, bezwzględny w dążeniu do zysków  przemysł spożywczy, czego nie można powiedzieć o ich rodzicach, którym w młodości i w dzieciństwie zdarzało się jeszcze zjeść na obiad normalnego kurczaka z podwórka, zwykłą szynkę otrzymaną z rozbioru świni karmionej tradycyjnie, a nie przemysłowymi paszami i w której to szynce oprócz samej szynki nie ma niemal niczego innego. Moim zdaniem mają rację. Zresztą, popatrzcie na filmik, do którego link zamieściłem pod wpisem.

To wprawdzie materiał nagrany chyba gdzieś w Chinach, ale myliłby się ten, kto sądzi, że u nas jest jakoś szczególnie inaczej. U nas też produkcją mięsa rządzi pieniądz i robi się wszystko, żeby jak najszybciej wyprodukować go jak najwięcej i żeby to jak najmniej kosztowało. Co jest w tym mięsie? Na pewno antybiotyki, bo nie może sobie hodowca pozwolić na epidemię czegokolwiek. Na pewno hormony wzrostu, boi kurczak ma rosnąć dwa razy szybciej, niż to wynika zwykłej biologii. Na pewno hormony stresu, bo te zwierzęta są w stresie absolutnie całe życie. Na pewno rozliczne środki chemiczne stosowane do konserwowania pasz, do zwalczania grzybów, do dezynfekowania pomieszczeń. A czego w tym mięsie nie ma? Niemal wszystkiego tego, co powinno być, zwłaszcza mikroelementów, witamin, kwasów nienasyconych Omega-3. No bo skąd miałyby się tam wziąć?


piątek, 15 lutego 2013

Głodny nie jesteś sobą - cz.II (cukier, glukoza, rak)


A co, jeśli głodny człowiek zje Snickersa? Jeśli głodny człowiek zaspokoi swój głód Snickercsem, inną słodkością, albo czymkolwiek o wysokim indeksie glikemicznym, wtedy sprawy mają się nieciekawie.

Jedzenie czegoś słodkiego (ale także mącznego, czy czegokolwiek o wysokim indeksie glikemiczym) wiąże się z tym, że dosłownie natychmiast po konsumpcji błyskawicznie i w nienaturalnym dla nas tempie wzrasta poziom glukozy we krwi. Jest tak, bo węglowodany, zwłaszcza w oczyszczonej formie (jak cukier do słodzenia, syrop kukurydziany albo biała mąka) bardzo szybko są trawione i natychmiast, jako glukoza właśnie, wchłaniają się z przewodu pokarmowego. Na bardzo wysoki poziom glukozy we krwi, jak zwykle, reaguje trzustka. Bo zbyt wysoki jej poziom zagraża życiu. Tyle, że ewolucja nie przystosowała nas do takich zwrotnych poziomów glukozy (no bo ani cukru ani mąki prze miliony lat ewolucji w sklepie „Mroczna Grota” nie było). No więc trzustka, otrzymując sygnały o niesamowitych dla niej poziomach glukozy we krwi, zaczyna produkować insulinę. Produkuje ją w tak zwanym wyrzucie i produkuje jej, zaskoczona, tak dużo, że niemal cała glukoza z krwi „wciskana” jest przez insulinę w komórki ciała. To, czego nie da się w mięśnie wcisnąć, wątroba przerabia na tłuszcze i wydaje polecenie komórkom tkanki tłuszczowej, by dzieliły się i magazynowały energię, bo przecież nie wiadomo, co nas jeszcze spotka. Te działania wątroby skutkują otyłością i zakłóconą gospodarka lipidową (wysoki poziom LDL i przede wszystkim trójglicerydów). Efekt zaspakajania głodu słodkościami, czy też innymi węglowodanami oczyszczonymi, powoduje wprost zwiększenie masy ciała i, co gorsza, naładowanie glukozą tkanek ciała. A na te glukozę czeka tylko rak. Bez niej, o czym była już mowa, rak nie jest w stanie trwać.

Na domiar złego wyrzut insuliny, wciskając glukozę na siłę do tkanek, powoduje spadek jej poziomu poniżej krytycznego, akceptowanego przez mózg. To znów, powoduje wzmożenie apetytu, i to takie, które wycelowane jest w zdobycie pożywienia węglowodanowego. Otwieramy chlebak i jemy bułkę z masłem, albo wcinamy kolejnego supersłodkiego Danonka. Koło się zamyka, a rak rośnie.

Sprawę pogarsza to, że uwielbiamy wcinać mączne lub słodkie z tłustym. Pisałem już o tym, że tłuszcze są dla nas dobroczynne oraz o tym, ze cechę te tracą, gdy spożywamy je z węglowodanami. Tak jest. Smakuje nam taka mieszanka i zabija nas jednocześnie. Węglowodany zmieniają na gorsze metabolizm drogocennych tłuszczów – pamiętajmy o tym.

Kiedy jesz coś słodkiego albo mącznego, karmisz tym raka, który jest w Tobie. Prawie na pewno jest. To zwykle mała zmutowana komórka i prawie zawsze dajesz radę, wcale o tym nie wiedząc, ją zwalczyć. Ale im więcej dasz jej cukru, tym ona ma większą nadzieję, a Ty masz coraz mniej szans. Aż przychodzi ten dzień. Nie daj mu przyjść. Wszystko, naprawdę wszystko, zależy od Ciebie.

czwartek, 24 stycznia 2013

Dlaczego len?


Aaa… tak sobie, bez powodu. Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zgłosić się pierwszy, prawda? No, więc pierwszy zgłosił się len. Czy zajadali się jego nasionami nasi paleolityczni przodkowie? Nie wiem, chyba nie, ale nie w tym rzecz. W ogóle nie o to chodzi, że tamten styl życia, ten sprzed siedmiu, czy dziesięciu tysięcy lat, to jedyny właściwy, że nic nie można w nim zmienić. Nasi kumple (albo pratatusiowie i pramamusie) z przeszłości nie pojedli przecież wszystkich rozumów i pewnych, nawet bardzo dobrych dla nas rzeczy, mogli po prostu nie odkryć. Nie mówię więc – żyj, jak człowiek z ery paleolitycznej (choć takich, co tak mówią, zaczyna być coraz więcej). Mówię tylko – żyj tak, jak chce tego Twój organizm i jego biologia, ukształtowana przez miliony lat ery kamienia. Bądź pewien, że nowoczesna cywilizacja, rolnictwo, chleb z masłem, przemysł oraz wygodny fotel w biurze, w którym, denerwując się o wszystko, spędzasz dziesięć godzin każdego niemal dnia swojego życia, że to wszystko za szybko przyszło i że nie byliśmy w stanie być na to gotowi. I że nadal gotowi nie jesteśmy. Za mało pokoleń. O jakieś dziesięć tysięcy, przynajmniej.

No to co z tym lnem? Wspaniała roślina. Na dodatek znana w naszym kraju i wykorzystywana od dawna. Mój tata mówi, że kiedy on był dzieciakiem i mieszkał z rodzicami i z licznym jego rodzeństwem w górach, to oni wtedy innego oleju w ogóle nie używali. Tylko lniany. I tu akurat dobrze robili. Dlaczego? To proste - olej lniany (tłoczony z nasion lnu tradycyjnymi metodami) zawiera bardzo dużo kwasów tłuszczowych nienasyconych Omega-3 (a właściwie jednego z nich, kwasu α-linolenowego ALA). NNKT (Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe) Omega-3, to diabelnie ważny składnik naszego pożywienia. Ważny głównie dlatego, że odpowiedzialny za gaszenie pożarów w naszych ciałach. Kwasy z grupy O-3, to po prostu rewelacyjne, naturalne środki przeciwzapalne. Mają też wiele innych cech i zadań w naszym organizmie - na przykład bez nich nie będzie się rozwijał mózg, bo NNKT O-3 są podstawowym jego budulcem. Poza tym kwasy te są również konieczne przy produkcji kilku ważnych dla nas hormonów, choćby tych odpowiedzialnych za dobry nastrój (stąd wielu specjalistów od depresji zaczyna leczenie od polecenia zwiększenia spożycia tłustych morskich ryb).

Jedną z podstawowych reguł odpowiedzialnych za zdrowie człowieka przez miliony lat była odpowiednia proporcja pomiędzy dostarczanymi w diecie kwasami Omega-3, a kwasami Omega-6. Te drugie, dla odmiany, odpowiedzialne są za wzniecanie pożarów. Są równie ważne, bo stan zapalny, to często coś pożądanego dla naszego zdrowia. Jednak niedobór Omega-3 powoduje, że pożary w naszym ciele wybuchają nie tam, gdzie trzeba, nie z tych powodów, co trzeba i o wiele częściej, niż trzeba. 

To zakłócenie proporcji pomiędzy ilością dostarczanych do organizmu kwasów Omega-3 i Omega-6 zdaje się być jedną z absolutnie podstawowych przyczyn eksplozji zachorowań na niemal wszystkie choroby cywilizacyjne. Jest tak, bo prawie wszystkie z tych chorób powstają właśnie z udziałem stanu zapalnego. Wygląda na przykład na to, że to nie sama obecność „złego” cholesterolu we krwi powoduje choroby układu krążenia, ale dopiero stan zapalny, który powstaje w płytce miażdżycowej osiadłej na ściance tętnicy. Nie inaczej jest z większością złośliwych nowotworów – one też wywodzą się z niewielkich zmian nowotworowych, które normalnie byłyby zniszczone przez układ odpornościowy, ale nie są, bo procesy związane z niepożądanym stanem zapalnym nie pozwalają komórkom układu odpornościowego wejść do akcji i zniszczyć mikrozmianę nowotworową w zalążku. Zresztą, nawet później, gdy nowotwór ma już znaczne rozmiary, to i tak układ odpornościowy, choć byłby często w stanie, to nie może zwalczyć guza, bo ten skutecznie podtrzymuje stan zapalny w swoim sąsiedztwie, na dodatek zakwaszając to sąsiedztwo i dosłownie nie wpuszczając „wojsk obronnych” naszego organizmu na swoje terytorium.

Wiele tu będzie w przyszłości na ten temat, bo braki w dostarczaniu naszym organizmom kwasów Omega-3 są z pewnością jednym z podstawowych powodów wzrostu ilości zachorowań na większość chorób cywilizacyjnych. I ma to odniesienie nie tylko do lnu, rzecz jasna.

A co do samego lnu – warto korzystać z dobrodziejstw, jakie ma w sobie. Konkretne sposoby? Jest kilka. Olej lniany do wszystkiego, co na zimno. O ile jest tłoczony na zimno i nie poddawany żadnej dodatkowej obróbce, jest bardzo bogaty w Omega-3. Można dodawać go do wszystkiego, co tylko przyjdzie nam do głowy, byleby tylko go nie podgrzewać. Fakt, ma specyficzny smak i aromat, ale nawet, jeśli ktoś nie polubi od razu, to z czasem się przyzwyczai, a po kolejnych kilku tygodniach po prostu polubi bardzo. Ja sam uwielbiam go od pierwszego posmakowania i uważam za coś pysznego. A dlaczego tylko na zimno? Bo podgrzewany lub wystawiony na światło (albo jedno i drugie łącznie, co gorsza), szybko się utlenia i traci te tak pożądane przez nas właściwości. Więc kupujemy bardzo świeży, najlepiej wprost z olejarni i trzymamy w lodówce w ciemnej buteleczce.

Można też wcinać samo siemię. W handlu na stoiskach ze zdrową żywnością dostępne jest takie w pudełeczkach, oczyszczone. Oczyszczone i… odtłuszczone, niestety. To dobre źródło błonnika, ale kwasów O-3 już chyba nie aż tak. Więc co? Więc można mielić samemu? Jasne! Ot po prostu, w jakimś młynku czy malakserze. Można tez inaczej, jak ja czasem – mała garstka wprost do ust i powolne rozgryzanie. No, niektórzy zalecają wcześniejsze namaczanie. Namaczać można, jest wtedy nieco smaczniejszy, łatwiej się rozgryza, ale jest też nieco śluzowaty (mnie to akurat ani trochę nie przeszkadza, więc jak mam czas, to moczę to sobie w szklaneczce godzinę lub dwie). Zresztą, każdy, jak sobie za perę złotych kupi pół kilo siemienia lnianego, to sam będzie wiedział, jak ma toto wykorzystać. Tylko uwaga – siemię ma w sobie sporo kalorii. Trzeba się wczuć w człowieka dawnych czasów. Garstka, i najedzony. Nie więcej.

Surowe siemię lniane ma jeszcze jedną cechę – zawiera troszkę amigdaliny, zwanej też letrilem lub witaminą B17. Będzie tu jeszcze sporo o tym czymś mowa. Ja powiem jedno (z doświadczenia) – otruć się amigdaliną spożywaną w nasionach niełatwo. A czy leczy? Moim zdaniem mechanizm jest logiczny, ale o tym też innym razem.


wtorek, 22 stycznia 2013

Zdrowe życie - trudna rzecz


Jedno jest pewne – to nie będzie łatwe. Właściwie, dla wielu niemożliwe. Jeśli coś robiła babka, potem mama i teraz robisz to Ty, jeśli robią tak samo właściwie wszyscy w koło, to trudno będzie Tobie powiedzieć sobie, że to nie jest dobre. A jeszcze trudniej będzie wyjaśnić to innym. I nawet, jeśli się przekonasz, jeśli wszystkie argumenty ułożą się Tobie w spójną całość (którą są w istocie), to wiedz, że najtrudniejsze przed Tobą.

Nasi przodkowie przez setki tysięcy… a tam, setki tysięcy - więcej nawet, niż dwa miliony lat, żyli sobie w tym swoim paleolicie i kształtowali nasz gatunek. Urządzali go niejako od środka, nadając formę genetyczną, a co za tym idzie, biologiczną. A może odwrotnie (bardziej ewolucyjnie), biologia gatunku wymuszona środowiskiem odciskała się w jego genach. Miała czas. Wystarczająco dużo czasu. A potem przyszła era rolnicza i ledwie w kilka tysięcy lat sprawiła, że wszystko jest całkiem odwrotnie. Paleolit – dwa miliony lat, jakieś sto tysięcy pokoleń. Era rolnicza – powiedzmy, dziesięć tysięcy lat, maksymalnie, bo dla większości plemion sześć lub siedem. Trzysta pokoleń. Rozumiesz?

 Dla naszej świadomości dziesięć tysięcy lat ostatniej historii, to bardzo wiele, to praktycznie cała historia, prędzej prawie nic się nie wydarzyło, a wszystko, co w książkach, dotyczy właśnie tego okresu. Ale dla naszej biologii to jedno tyknięcie zegara (no, może dziesięć tyknięć), zwyczajnie za mało, by coś mogło się zmienić. Zaś dwa miliony lat paleolitu, to czas dość długi, by ukształtować gatunek.

Inaczej. Jedna z podstawowych spraw – nie powinieneś jednocześnie jeść pokarmu zawierającego tłuszcze i pokarmu zawierającego węglowodany. Nasi przodkowie nigdy tak nie robili. Jak udało im się upolować antylopę albo fokę, wcinali mięso i nie robili sobie przystawek z ziemniaczków. A jeśli już trafili pod drzewo z jakimiś smacznymi owocami, to nie zawracali sobie głowy polowaniem. I słusznie. Pokarmy bogate w tłuszcze są, jak się okazuje, fenomenalnym dla nas pokarmem.  Jesteśmy w stu procentach przystosowani do tego, by było to dla nas główne źródło energii i niezbędnych składników odżywczych. W połączeniu z białkiem (a więc w mięsie, w orzechach, w niektórych nasionach) wręcz wyśmienite. Jest jednak problem, który polega na tym, że jeśli do naszego żołądka trafia na raz kawałek mięsa, a obok niego, w tym samym czasie kilka ziemniaków, to węglowodany zawarte w tych drugich niejako przeprogramowują nasz metabolizm tłuszczów i stają się one (te tłuszcze) o wiele mniej dla nas zdrowe. A węglowodany, jak to węglowodany, same w sobie, zbyt zdrowe nie są (choć potrafią być cennym źródłem energii, zwłaszcza, gdy akurat od dłuższego czasu nie ma czego upolować).

Do czego zmierzam? Popatrz na stół, na talerze w swoim domu, kiedy są jeszcze na nich Wasze dania. Nieważne co to, czy śniadanie, obiad, deser, czy kolacja. Przypomnij sobie, jak wyglądały wczoraj, czy przedwczoraj. Niewielka szansa, żebyś znalazł taki przypadek, żeby tłuszcze nie były w nich łączone z węglowodanami. Gulasz z kaszą, kurczak z ryżem, schabowy z ziemniakami, chleb z masłem, mleko z płatkami, sos z tłuszczu z mięsa, z masła i mąki. Niszczysz tym swoje zdrowie. Tylko że nawet, jeśli się z tym zgodzisz, to albo przekonasz do tego wszystkich Twoich bliskich, albo… będzie miedzy wami coraz gorzej.

Albo weźmy co innego – cukier. Ten na dobre pojawił się w naszej kuchni raptem ze dwieście lat temu i od tego czasu jego spożycie rośnie we wprost niewiarygodnym tempie. Cukier, czyli sacharoza, jest w mgnieniu oka rozkładany na prostsze od siebie fruktozę i glukozę, a spożyty, natychmiast podnosi poziom tej drugiej we krwi. O tym będzie jeszcze sporo, ale teraz przyjmijmy tylko za fakt, że to naprawdę bardzo bardzo źle. I co? Zrezygnujesz z ciasta na imieninach cioci? Namówisz żonę, żeby wyrzuciła z domu wszystkie blachy do pieczenia? A męża namówisz na to, by przestał lubić sernik teściowej? Albo żeby nie słodził już herbaty? Żeby nie pił więcej drinków z Colą? Zapewniam Cię, że nawet, jeśli pojmiesz i zaakceptujesz wszystko to, o czym będzie tu mowa, to i tak niemal nie masz szans, żeby w zgodzie z tym zacząć żyć. Niestety. No chyba, że… nie, tego Tobie nie życzę.

niedziela, 13 stycznia 2013

Cześć

Tak, to Ciebie witam. Cześć. Jesteś tu. To dobrze.

Słyszałeś, albo słyszałaś może (po angielsku łatwiej się bloguje) o czym rozmawiali niedawno spotkani przez Ciebie ludzie? Sąsiadka i jakiś jej znajomy. Nie, nie było mnie tam, ale ja wiem, o czym. Ktoś z ulicy obok, a może z Twojego bloku, lub z Twojego osiedla szczęśliwych ludzi, albo ciotka, a może jej córka, ktoś... ma raka. O cholera. Ale co tam, minąłeś ich (albo minęłaś), poszedłeś dalej, przez chwilkę tylko będąc świadkiem tych okropności. Brrr... Tak, mówili coś o operacji, o chemii, o włosach, których nie ma. I o tym, że to chyba już koniec. Chyba. Lekarze mówią, że na pewno. No, nie całkiem tak mówią, bo nie chcą umniejszać swojej roli, ale.. Nie o tym mówili tamci? Na prawdę nie o tym? Prędzej czy później ich spotkasz. Taki mamy dziś świat. I oby nie mówili o Tobie.

O tym będzie ten blog. Żeby nie mówili o Tobie. A jeśli już mówią, to żeby, o ile tylko się da, gadać przestali i po to, by kiedyś tam, całkiem szczerze, powiedzieli Tobie "dzień dobry".