Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowotwory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowotwory. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2013

Spodziewany wzrost zachorowań na raka w Polsce


W ciągu dziesięciu, piętnastu lat liczba zachorowań na nowotwory  w Polsce podwoi się. Takie jest oficjalne stanowisko polskich onkologów. Nie dziwi mnie ono wcale. Kiedy stoję w kolejce do kasy w pobliskiej Biedronce i kiedy patrzę, co ludzie mają w swoich koszykach, to skłonny jestem stwierdzić, że nie tylko się podwoi, ale może nawet potroi albo i będzie czterokrotnie większa.

Jak już wspomniałem w jednym z wpisów, ale przypomnę to raz jeszcze, bo to ważne, amerykańscy lekarze alarmują, że już całkiem niedługo, a zarazem  po raz pierwszy od bardzo dawna będzie tak, że dzieci umierać będą wcześniej, niż ich rodzice. Ma to się stać za sprawą tego, że dzisiejsze dzieciaki i młodzież, to osobniki od urodzenia raczone świństwami produkowanymi przez wielkoskalowy, bezwzględny w dążeniu do zysków  przemysł spożywczy, czego nie można powiedzieć o ich rodzicach, którym w młodości i w dzieciństwie zdarzało się jeszcze zjeść na obiad normalnego kurczaka z podwórka, zwykłą szynkę otrzymaną z rozbioru świni karmionej tradycyjnie, a nie przemysłowymi paszami i w której to szynce oprócz samej szynki nie ma niemal niczego innego. Moim zdaniem mają rację. Zresztą, popatrzcie na filmik, do którego link zamieściłem pod wpisem.

To wprawdzie materiał nagrany chyba gdzieś w Chinach, ale myliłby się ten, kto sądzi, że u nas jest jakoś szczególnie inaczej. U nas też produkcją mięsa rządzi pieniądz i robi się wszystko, żeby jak najszybciej wyprodukować go jak najwięcej i żeby to jak najmniej kosztowało. Co jest w tym mięsie? Na pewno antybiotyki, bo nie może sobie hodowca pozwolić na epidemię czegokolwiek. Na pewno hormony wzrostu, boi kurczak ma rosnąć dwa razy szybciej, niż to wynika zwykłej biologii. Na pewno hormony stresu, bo te zwierzęta są w stresie absolutnie całe życie. Na pewno rozliczne środki chemiczne stosowane do konserwowania pasz, do zwalczania grzybów, do dezynfekowania pomieszczeń. A czego w tym mięsie nie ma? Niemal wszystkiego tego, co powinno być, zwłaszcza mikroelementów, witamin, kwasów nienasyconych Omega-3. No bo skąd miałyby się tam wziąć?


środa, 6 lutego 2013

Dzień walki z rakiem, a cukier nadal na półkach


W poniedziałek był dzień walki z rakiem. Podobno. Można było wejść sobie na dowolny oddział onkologiczny i zrobić jakieś badania. Zdaje się, że można było sprawdzić, czy nie ma się już raka. W radiu i w telewizji od czasu do czasu jakiś profesor mówił, żeby nie palić papierosów. Dobrze mówił. Palenie może przyczynić się do rozwoju raka.  I, jak to często bywa, skoro raka, to także i choroby wieńcowej i paru innych choróbsk.  Inny zaś powtarzał, żeby nie pić za dużo alkoholu.  Też dobrze mówił (mam tylko nadzieję, że zaraz po tym obaj nie poszli sobie do knajpki na szklaneczkę i papieroska). Fajnie, że był ten dzień. Ale gdybym to ja organizował dzień walki z rakiem, to w trybie jakiegoś rozporządzenia zakazałbym w tym dniu handlować cukrem. Na półkach, na których zwykle w sklepach stoi cukier, kazałbym umieścić tablice – „TU KUPOWAŁEŚ RAKA”. Mało tego, kazałbym usunąć z półek sklepowych wszystko, co ma w sobie cukier.  Oj, puściutko zrobiłoby się na tych półkach. Ci starsi z nas, którzy pamiętają „starą dobrą komunę” doznaliby swoistego deja vu. Myślisz, że mi odbiło? Posłuchaj..

Otto Heinrich Warburg. Niemiecki biolog. Laureat nagrody Nobla. Przyznano mu tę nagrodę za pewne ważne odkrycie (za nieważne rzadko dostaje się Nobla). Otóż odkrył on, że komórki większości złośliwych nowotworów energetycznie uzależnione są od glukozy. Pomyśleć można – cóż takiego, wszystkie komórki naszego ciała potrafią czerpać energię z procesów spalania glukozy. No właśnie – spalania. Okazuje się, że komórki raka nie potrafią glukozy spalać. W ogóle nie potrafią spalać czegokolwiek, ponieważ nie potrafią czerpać energii z procesów metabolicznych, w których dochodzi do utleniania substratów. Procesy utleniania (czyli spalania) zachodzą w naszych komórkach w specjalnych tworach, zwanych mitochondriami. Mitochondria, to centra energetyczne naszych komórek. Takie wewnętrzne elektrociepłownie. Komórki nowotworów złośliwych nie mają, bądź mają niesprawne mitochondria. Jedyna dostępna dla nich metoda wytwarzania energii, to fermentacja glukozy. Oczywiście, część naszych własnych, zdrowych komórek także czasami fermentuje glukozę. Na przykład podczas wzmożonego wysiłku, kiedy ilość dostarczanego do mięśni tlenu jest niewystarczająca, te zaczynają właśnie fermentować glukozę. Wielu z nas zapewne doświadczyło skutków takiego procesu. Są nimi bóle mięśni, zwane zakwasami, które w istocie jedynie w pierwszych kilku godzinach po wysiłku związane są z obecnością w mięśniach samego kwasu mlekowego (produktu fermentacji glukozy), później, to już efekt mikrouszkodzeń włókien mięśniowych związanych z uprzednią obecnością tegoż kwasu.

Rozwinięciem tezy noblisty Warburga zajął się Johannes F. Coy, który dokonał odkrycia genu TKTL1, kodującego białko bardzo podobne do transketolazy, enzymu odpowiedzialnego za prawidłowe metabolizowanie glukozy w komórkach. Historia Coya, to ciekawy przypadek spychania istotnych dla naszego zdrowia badań na margines (lub wręcz poza margines) uniwersyteckiej nauki. Ciekawy na tyle, że warto będzie poświęcić mu może odrębny wpis. Teraz ważne jest to jedno, że Coy wykazał, iż to gen TKTL1 występuje w niemal wszystkich komórkach nowotworów złośliwych i że to on jest odpowiedzialny za „przestawianie” ich metabolizmu na fermentację glukozy wraz z produkcją kwasu mlekowego. Mamy więc dwie bardzo istotne informacje:

1.       Komórki nowotworów złośliwych nie potrafią „używać” tlenowych procesów metabolicznych, a w ich miejsce stosują beztlenową fermentację glukozy (i tylko glukozy!).
2.       Produktem metabolizmu komórek nowotworowych (złośliwych) jest kwas mlekowy, który skutecznie zakwasza okoliczne tkanki nie pozwalając na skuteczną reakcję układu odpornościowego oraz umożliwiając ekspansję zmiany chorobowej.

Lekarze mówią, że komórki raka, to komórki odróżnicowane. Normalne, zdrowe komórki naszych organizmów wykazują wysoki stopień zróżnicowania, co oznacza w skrócie, że mimo, iż wszystkie mają ten sam kod genetyczny, jednak w procesie rozwoju organizmu (i później także, w trakcie jego regeneracji) przyjmują określone „specjalizacje”, stając się odmiennymi komórkami przeróżnych tkanek i narządów. Komórki raka, to komórki wywodzące się z naszych własnych, ale tracące zdolność różnicowania. I regułą jest, że im nowotwór bardziej złośliwy, tym komórki mniej zróżnicowane, jakby bardziej pierwotne. Biorąc pod uwagę opisane wyżej zmiany w metabolizmie, rzec można, ze komórki nowotworu złośliwego, to jakby wyprodukowane przez nasz własny organizm komórki ewolucyjnie uwstecznione, że to, w dużym uproszczeniu, jakby kolonie jakichś pierwotnych grzybów lub bakterii, wzrastające w naszych ciałach i niszczące nasze zdrowe tkanki. I co ważne, to komórki uzależnione od glukozy.

Glukoza w naszej krwi jest potrzebna, bez niej nie potrafi funkcjonować mózg. Nie całą energię musi czerpać ze spalania tego cukru prostego, ale uważa się, że około 30%, to minimum. Także nasze mięśnie, w chwili stresu (bo goni nas lew na przykład) domagają się glukozy, ale za to tylko chwilowo. Ważne, że to, ile nam jej trzeba, to w istocie niewiele, o wiele mniej, niż potrzebuje rak. I że większość naszych zdrowych komórek potrafi się obywać bez niej.

Jak to możliwe?Otóż zdrowe komórki, te, w których sprawne sa mitochondria, mogą spalać nie tylko glukozę, ale i tak zwane ciała ketonowe. Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy glukozy we krwi nie ma zbyt wiele. Niektóre narządy (na przykład serce) wręcz uwielbiają z nich właśnie czerpać energię. I na dobrą sprawę można, metodą odpowiedniej diety, doprowadzić do tego, że będzie to podstawowy proces zapewniający energię wszystkim naszym tkankom. A tego komórki nowotworów złośliwych bardzo nie lubią.


Tak się składa, że fermentacja glukozy, to proces mało wydajny energetycznie, więc komórki raka wręcz pożerają glukozę, wchłaniają jej ogromne ilości, by móc wzrastać, dzielić się w zawrotnym tempie i niszczyć nasze zdrowie. Jeżeli jednak ilość tego paliwa we krwi będzie zbyt mała, rak zacznie dosłownie umierać z głodu. To bardzo ważne zarówno dla osób, które już cierpią z jego powodu, jak i dla tych, którzy chcieliby się przed nim ustrzec.

Ciekawe, że oficjalna nauka ciągle jeszcze nie bardzo chce o tym mówić. Nie chce, ale zupełnie jawnie wykorzystuję wiedzę na ten temat. Na przykład PET – jest to powszechnie już stosowana metoda diagnostyczna, niezastąpiona wręcz w poszukiwaniu niewielkich przerzutów, która w zasadzie w całości opiera się na tym, że komórki raka wchłaniają znacznie większe ilości glukozy, niż jakakolwiek zdrowa tkanka. W przypadku PET medycyna to wie, ale w przypadku sugerowania nam, jak żyć, już nie bardzo. Wręcz przeciwnie - często pacjentów na oddziałach onkologii przez wiele dni żywi się dożylnie glukozą, żywiąc w ten sposób ich złośliwe guzy. Medycyna oficjalna nie tylko tu dziwnie milczy. To zresztą jeszcze inny temat. Zdaje się, temat pieniędzy. Choć, gdy czyta się doniesienia z ostatnich lat, to widać, że powolutku zaczyna się coś jakby zmieniać.

Jeden wpis na blogu, to dużo za mało, żeby pokazać, jak to jest z tym cukrem i dlaczego to jego sprzedaży zakazałbym w dniu walki z rakiem. Temat będę rozwijał w kolejnych wpisach. I tak podziwiam tych, którzy ten wpis doczytali do końca.

Pozdrawiam wytrwałych J

Ja_K.



czwartek, 24 stycznia 2013

Dlaczego len?


Aaa… tak sobie, bez powodu. Na każdym zebraniu jest tak, że ktoś musi zgłosić się pierwszy, prawda? No, więc pierwszy zgłosił się len. Czy zajadali się jego nasionami nasi paleolityczni przodkowie? Nie wiem, chyba nie, ale nie w tym rzecz. W ogóle nie o to chodzi, że tamten styl życia, ten sprzed siedmiu, czy dziesięciu tysięcy lat, to jedyny właściwy, że nic nie można w nim zmienić. Nasi kumple (albo pratatusiowie i pramamusie) z przeszłości nie pojedli przecież wszystkich rozumów i pewnych, nawet bardzo dobrych dla nas rzeczy, mogli po prostu nie odkryć. Nie mówię więc – żyj, jak człowiek z ery paleolitycznej (choć takich, co tak mówią, zaczyna być coraz więcej). Mówię tylko – żyj tak, jak chce tego Twój organizm i jego biologia, ukształtowana przez miliony lat ery kamienia. Bądź pewien, że nowoczesna cywilizacja, rolnictwo, chleb z masłem, przemysł oraz wygodny fotel w biurze, w którym, denerwując się o wszystko, spędzasz dziesięć godzin każdego niemal dnia swojego życia, że to wszystko za szybko przyszło i że nie byliśmy w stanie być na to gotowi. I że nadal gotowi nie jesteśmy. Za mało pokoleń. O jakieś dziesięć tysięcy, przynajmniej.

No to co z tym lnem? Wspaniała roślina. Na dodatek znana w naszym kraju i wykorzystywana od dawna. Mój tata mówi, że kiedy on był dzieciakiem i mieszkał z rodzicami i z licznym jego rodzeństwem w górach, to oni wtedy innego oleju w ogóle nie używali. Tylko lniany. I tu akurat dobrze robili. Dlaczego? To proste - olej lniany (tłoczony z nasion lnu tradycyjnymi metodami) zawiera bardzo dużo kwasów tłuszczowych nienasyconych Omega-3 (a właściwie jednego z nich, kwasu α-linolenowego ALA). NNKT (Niezbędne Nienasycone Kwasy Tłuszczowe) Omega-3, to diabelnie ważny składnik naszego pożywienia. Ważny głównie dlatego, że odpowiedzialny za gaszenie pożarów w naszych ciałach. Kwasy z grupy O-3, to po prostu rewelacyjne, naturalne środki przeciwzapalne. Mają też wiele innych cech i zadań w naszym organizmie - na przykład bez nich nie będzie się rozwijał mózg, bo NNKT O-3 są podstawowym jego budulcem. Poza tym kwasy te są również konieczne przy produkcji kilku ważnych dla nas hormonów, choćby tych odpowiedzialnych za dobry nastrój (stąd wielu specjalistów od depresji zaczyna leczenie od polecenia zwiększenia spożycia tłustych morskich ryb).

Jedną z podstawowych reguł odpowiedzialnych za zdrowie człowieka przez miliony lat była odpowiednia proporcja pomiędzy dostarczanymi w diecie kwasami Omega-3, a kwasami Omega-6. Te drugie, dla odmiany, odpowiedzialne są za wzniecanie pożarów. Są równie ważne, bo stan zapalny, to często coś pożądanego dla naszego zdrowia. Jednak niedobór Omega-3 powoduje, że pożary w naszym ciele wybuchają nie tam, gdzie trzeba, nie z tych powodów, co trzeba i o wiele częściej, niż trzeba. 

To zakłócenie proporcji pomiędzy ilością dostarczanych do organizmu kwasów Omega-3 i Omega-6 zdaje się być jedną z absolutnie podstawowych przyczyn eksplozji zachorowań na niemal wszystkie choroby cywilizacyjne. Jest tak, bo prawie wszystkie z tych chorób powstają właśnie z udziałem stanu zapalnego. Wygląda na przykład na to, że to nie sama obecność „złego” cholesterolu we krwi powoduje choroby układu krążenia, ale dopiero stan zapalny, który powstaje w płytce miażdżycowej osiadłej na ściance tętnicy. Nie inaczej jest z większością złośliwych nowotworów – one też wywodzą się z niewielkich zmian nowotworowych, które normalnie byłyby zniszczone przez układ odpornościowy, ale nie są, bo procesy związane z niepożądanym stanem zapalnym nie pozwalają komórkom układu odpornościowego wejść do akcji i zniszczyć mikrozmianę nowotworową w zalążku. Zresztą, nawet później, gdy nowotwór ma już znaczne rozmiary, to i tak układ odpornościowy, choć byłby często w stanie, to nie może zwalczyć guza, bo ten skutecznie podtrzymuje stan zapalny w swoim sąsiedztwie, na dodatek zakwaszając to sąsiedztwo i dosłownie nie wpuszczając „wojsk obronnych” naszego organizmu na swoje terytorium.

Wiele tu będzie w przyszłości na ten temat, bo braki w dostarczaniu naszym organizmom kwasów Omega-3 są z pewnością jednym z podstawowych powodów wzrostu ilości zachorowań na większość chorób cywilizacyjnych. I ma to odniesienie nie tylko do lnu, rzecz jasna.

A co do samego lnu – warto korzystać z dobrodziejstw, jakie ma w sobie. Konkretne sposoby? Jest kilka. Olej lniany do wszystkiego, co na zimno. O ile jest tłoczony na zimno i nie poddawany żadnej dodatkowej obróbce, jest bardzo bogaty w Omega-3. Można dodawać go do wszystkiego, co tylko przyjdzie nam do głowy, byleby tylko go nie podgrzewać. Fakt, ma specyficzny smak i aromat, ale nawet, jeśli ktoś nie polubi od razu, to z czasem się przyzwyczai, a po kolejnych kilku tygodniach po prostu polubi bardzo. Ja sam uwielbiam go od pierwszego posmakowania i uważam za coś pysznego. A dlaczego tylko na zimno? Bo podgrzewany lub wystawiony na światło (albo jedno i drugie łącznie, co gorsza), szybko się utlenia i traci te tak pożądane przez nas właściwości. Więc kupujemy bardzo świeży, najlepiej wprost z olejarni i trzymamy w lodówce w ciemnej buteleczce.

Można też wcinać samo siemię. W handlu na stoiskach ze zdrową żywnością dostępne jest takie w pudełeczkach, oczyszczone. Oczyszczone i… odtłuszczone, niestety. To dobre źródło błonnika, ale kwasów O-3 już chyba nie aż tak. Więc co? Więc można mielić samemu? Jasne! Ot po prostu, w jakimś młynku czy malakserze. Można tez inaczej, jak ja czasem – mała garstka wprost do ust i powolne rozgryzanie. No, niektórzy zalecają wcześniejsze namaczanie. Namaczać można, jest wtedy nieco smaczniejszy, łatwiej się rozgryza, ale jest też nieco śluzowaty (mnie to akurat ani trochę nie przeszkadza, więc jak mam czas, to moczę to sobie w szklaneczce godzinę lub dwie). Zresztą, każdy, jak sobie za perę złotych kupi pół kilo siemienia lnianego, to sam będzie wiedział, jak ma toto wykorzystać. Tylko uwaga – siemię ma w sobie sporo kalorii. Trzeba się wczuć w człowieka dawnych czasów. Garstka, i najedzony. Nie więcej.

Surowe siemię lniane ma jeszcze jedną cechę – zawiera troszkę amigdaliny, zwanej też letrilem lub witaminą B17. Będzie tu jeszcze sporo o tym czymś mowa. Ja powiem jedno (z doświadczenia) – otruć się amigdaliną spożywaną w nasionach niełatwo. A czy leczy? Moim zdaniem mechanizm jest logiczny, ale o tym też innym razem.


wtorek, 22 stycznia 2013

Zdrowe życie - trudna rzecz


Jedno jest pewne – to nie będzie łatwe. Właściwie, dla wielu niemożliwe. Jeśli coś robiła babka, potem mama i teraz robisz to Ty, jeśli robią tak samo właściwie wszyscy w koło, to trudno będzie Tobie powiedzieć sobie, że to nie jest dobre. A jeszcze trudniej będzie wyjaśnić to innym. I nawet, jeśli się przekonasz, jeśli wszystkie argumenty ułożą się Tobie w spójną całość (którą są w istocie), to wiedz, że najtrudniejsze przed Tobą.

Nasi przodkowie przez setki tysięcy… a tam, setki tysięcy - więcej nawet, niż dwa miliony lat, żyli sobie w tym swoim paleolicie i kształtowali nasz gatunek. Urządzali go niejako od środka, nadając formę genetyczną, a co za tym idzie, biologiczną. A może odwrotnie (bardziej ewolucyjnie), biologia gatunku wymuszona środowiskiem odciskała się w jego genach. Miała czas. Wystarczająco dużo czasu. A potem przyszła era rolnicza i ledwie w kilka tysięcy lat sprawiła, że wszystko jest całkiem odwrotnie. Paleolit – dwa miliony lat, jakieś sto tysięcy pokoleń. Era rolnicza – powiedzmy, dziesięć tysięcy lat, maksymalnie, bo dla większości plemion sześć lub siedem. Trzysta pokoleń. Rozumiesz?

 Dla naszej świadomości dziesięć tysięcy lat ostatniej historii, to bardzo wiele, to praktycznie cała historia, prędzej prawie nic się nie wydarzyło, a wszystko, co w książkach, dotyczy właśnie tego okresu. Ale dla naszej biologii to jedno tyknięcie zegara (no, może dziesięć tyknięć), zwyczajnie za mało, by coś mogło się zmienić. Zaś dwa miliony lat paleolitu, to czas dość długi, by ukształtować gatunek.

Inaczej. Jedna z podstawowych spraw – nie powinieneś jednocześnie jeść pokarmu zawierającego tłuszcze i pokarmu zawierającego węglowodany. Nasi przodkowie nigdy tak nie robili. Jak udało im się upolować antylopę albo fokę, wcinali mięso i nie robili sobie przystawek z ziemniaczków. A jeśli już trafili pod drzewo z jakimiś smacznymi owocami, to nie zawracali sobie głowy polowaniem. I słusznie. Pokarmy bogate w tłuszcze są, jak się okazuje, fenomenalnym dla nas pokarmem.  Jesteśmy w stu procentach przystosowani do tego, by było to dla nas główne źródło energii i niezbędnych składników odżywczych. W połączeniu z białkiem (a więc w mięsie, w orzechach, w niektórych nasionach) wręcz wyśmienite. Jest jednak problem, który polega na tym, że jeśli do naszego żołądka trafia na raz kawałek mięsa, a obok niego, w tym samym czasie kilka ziemniaków, to węglowodany zawarte w tych drugich niejako przeprogramowują nasz metabolizm tłuszczów i stają się one (te tłuszcze) o wiele mniej dla nas zdrowe. A węglowodany, jak to węglowodany, same w sobie, zbyt zdrowe nie są (choć potrafią być cennym źródłem energii, zwłaszcza, gdy akurat od dłuższego czasu nie ma czego upolować).

Do czego zmierzam? Popatrz na stół, na talerze w swoim domu, kiedy są jeszcze na nich Wasze dania. Nieważne co to, czy śniadanie, obiad, deser, czy kolacja. Przypomnij sobie, jak wyglądały wczoraj, czy przedwczoraj. Niewielka szansa, żebyś znalazł taki przypadek, żeby tłuszcze nie były w nich łączone z węglowodanami. Gulasz z kaszą, kurczak z ryżem, schabowy z ziemniakami, chleb z masłem, mleko z płatkami, sos z tłuszczu z mięsa, z masła i mąki. Niszczysz tym swoje zdrowie. Tylko że nawet, jeśli się z tym zgodzisz, to albo przekonasz do tego wszystkich Twoich bliskich, albo… będzie miedzy wami coraz gorzej.

Albo weźmy co innego – cukier. Ten na dobre pojawił się w naszej kuchni raptem ze dwieście lat temu i od tego czasu jego spożycie rośnie we wprost niewiarygodnym tempie. Cukier, czyli sacharoza, jest w mgnieniu oka rozkładany na prostsze od siebie fruktozę i glukozę, a spożyty, natychmiast podnosi poziom tej drugiej we krwi. O tym będzie jeszcze sporo, ale teraz przyjmijmy tylko za fakt, że to naprawdę bardzo bardzo źle. I co? Zrezygnujesz z ciasta na imieninach cioci? Namówisz żonę, żeby wyrzuciła z domu wszystkie blachy do pieczenia? A męża namówisz na to, by przestał lubić sernik teściowej? Albo żeby nie słodził już herbaty? Żeby nie pił więcej drinków z Colą? Zapewniam Cię, że nawet, jeśli pojmiesz i zaakceptujesz wszystko to, o czym będzie tu mowa, to i tak niemal nie masz szans, żeby w zgodzie z tym zacząć żyć. Niestety. No chyba, że… nie, tego Tobie nie życzę.

piątek, 18 stycznia 2013

Niech nasze dzieci żyją długo i pięknie


Zastanawiałeś się kiedyś, co się z nami dzieje? Powinieneś, bo nie jest dobrze. Całkiem niedawno grupa amerykańskich lekarzy przekazała światu wnioski z badań, które sprowadzały się do jednego – ze zdrowiem ludzi w krajach uprzemysłowionych będzie coraz gorzej. Jednym z bardziej drastycznych przekazów był ten, że oto nadchodzą czasy, w których dzieci coraz częściej żyły będą krócej, niż ich rodzice. Innymi słowy stwierdzili, że postęp medyczny przestanie nadążać za tym, jak bardzo niszczymy siebie sami ogólnym postępem cywilizacyjnym. Wspaniale? Nie bardzo.

Wydaje się, że wszystko zaczęło się kilka tysięcy lat temu, za sprawą tak zwanej rewolucji neolitycznej. Rewolucja ta, to nic innego, jak przestawienie się wielu ludów zamieszkujących Ziemię z łowiecko-zbierackiego trybu życia na tryb rolniczy. Wywołało to pogorszenie zdrowotności ludzi, a w ślad za tym drastyczne skrócenie średniej długości ich życia (a zwłaszcza częstości dożywania wieku średniego i, tym bardziej, podeszłego).  Do rewolucji neolitycznej postęp cywilizacyjny całkiem niedawno dorzucił rewolucję przemysłową, a ta spowodowała kolejne niekorzystne zmiany w takich dziedzinach naszego życia, jak sposób odżywiania, zakres aktywności fizycznej, jakość środowiska, nadmierna sterylność życia, wzmożony kontakt z nieobojętnymi substancjami chemicznymi, a później wysokoprzetworzone produkty przemysłu spożywczego, konserwanty i ciągły stres.

Wszystko to, o czym mowa w poprzednim akapicie,  wszystko to razem, złożyło się na bardzo głębokie zmiany w funkcjonowaniu naszych organizmów, niosąc za sobą wręcz pojawienie się wielu nieznanych prędzej chorób, a w przypadku innych doprowadzając do bardzo wysokich, nienotowanych przez miliony lat historii naszego gatunku współczynników zachorowalności. I tylko rozwojowi medycyny oraz w pewnym stopniu farmakologii zawdzięczmy to, że możemy ciągle być świadkami narodzin naszych wnuków, a czasem i prawnuków. Wiele wskazuje jednak na to, że jeśli się za siebie nie weźmiemy, będziemy raczej świadkami ich ciężkich chorób, sami chorując równie poważnie.

Czy ja gadam od rzeczy, czy prawię tu farmazony? „Wyluzuj gościu” – myślisz sobie? Nie masz racji. Jeszcze niedawno sam, choć świadom tego, że cywilizacja wpędza nas w pewne problemy, daleki byłem od pokazywania palcem, gdzie są przyczyny, gdzie wina. Ale odkąd i mnie przydarzył się bliski kontakt z chorobą nowotworową bardzo młodego człowieka, zacząłem myśleć, szukać, czytać, a co najważniejsze, starać się zrozumieć. Dziś, po dwóch latach, jasnymi stało się dla mnie wiele rzeczy, o których prędzej nie miałem zielonego pojęcia, zrozumiałem działanie wielu mechanizmów, z istnienia których nie zdawałem sobie sprawy i nauczyłem się wiele o tym, jak funkcjonują nasze organizmy. I o tym wszystkim będę tu pisał. Pamiętał będę przy tym, by moja mowa była prosta i by jasno wynikało z niej, czego jestem pewien, a co pozostaje w sferze hipotez i przypuszczeń. I postaram się nie nudzić.

Zastanawiasz się, kim jestem? Nie, nie jestem sfrustrowanym, zgorzkniałym pierdzielem. Mój syn żyje i ma się dobrze i wedle wszelkiej medycznej wiedzy tak winno pozostać.  Jestem więc poniekąd szczęśliwy. Tym bardziej, że potrafię docenić piękno świata i życia i że mam wokół siebie wiele pięknej miłości i dobra. Posiadłszy jednak wiedzę związaną z zagadnieniami opisywanymi powyżej, nie mogę siedzieć bezczynnie i patrzeć, jak bezwiednie, a czasem wręcz przekonani o dobroczynności naszych działań, szkodzimy sobie i naszym dzieciom. Dlatego ten blog. I dlatego, że każdy z nas wiele może zrobić, byśmy sami, a także nasze dzieci, żyli dłużej i zdrowiej. Nie na wszystko mamy wpływ, ale na wiele, naprawdę bardzo wiele.



środa, 16 stycznia 2013

Framaceutyczna rządza pieniądza


   Pomyślałem sobie, że rozpocznę dziś moje blogowanie. Tak po mojemu, według własnego pomysłu i według własnych przekonań. Pomyślałem sobie, że dziś umieszczę w blogu pierwszy wpis dotyczący tego, jak powinniśmy (moim zdaniem) żyć, by coś, co zwiemy chorobami cywilizacyjnymi, trzymało się od nas z daleka. Ale tak się składa, że zupełnie przed chwilą obejrzałem na Onecie materiał filmowy dotyczący przemysłu farmaceutycznego, a ściślej tego, jak ten przemysł liczy się z pieniędzmi, a nie z walką z chorobami. W blisko godzinnym (z reklamami, niestety) filmiku opisywane są mechanizmy blokujące dostęp do leków dla mniej zamożnych ludzi oraz sama idea mówiąca o tym, że firmy farmaceutyczne, to firmy działające dla zysku, że to zysk jest ich celem, a nie zdrowie pacjentów. Dokładnie tak. Można być wręcz pewnym, że zdrowie pacjenta jest dla tych koncernów narzędziem, albo nawet, że tym narzędziem jest ich choroba. Stąd, i weźmy to jako pewnik, wielkie farmaceutyczne firmy (a dziesięć największych, to prawie wszystkie, które mają znaczenie) nie są zainteresowane tym, byśmy byli zdrowi, te firmy są zainteresowane tym, byśmy byli na coś leczeni. A jeśli do tego dodać fakt, iż są one (te firmy) własnością innych korporacji i że za ich działania nie odpowiadają jednostki, a całe, często niełatwe do określenia dla kogoś z zewnątrz, gremia, można sobie łatwo wyobrazić, że coś takiego, jak etyka, nie ma w ich strategicznym działaniu żadnego zastosowania. Zastosowanie mają pieniądze.

   Tak naprawdę ten sam schemat, schemat rządzy pieniądza i podporządkowania działań zyskom, można swobodnie przypisać do jakiejkolwiek innej branży przemysłu. Także do branży spożywczej. A skoro tak, to śmiało możemy założyć, że od tej strony, od strony tego, co możemy kupić, albo co wręcz kupić musimy, by żyć, nie chroni nas nic. Nie mamy żadnej gwarancji, że to, co spożywamy, albo nawet to, czym się leczymy, rzeczywiście służy nam i naszemu zdrowiu, a nie jedynie portfelom tegoż producentów. Powiedziałbym nawet, że mamy niemal pewność, że to, co wkładamy właśnie do ust, w jakiś sposób nas zabija.


Pozdrawiam

Ja C.